hiszpański bu/ifor

Suche powietrze prószące na skórę w znikomym, ledwo odczuwalnym cieple to pierwsza impresja, która ciągnie się w ospałym jesiennym klimacie śródziemnomorskiego wybrzeża półwyspu iberyjskiego. Tak właśnie Costa Blanca wprowadza w stan dyskretnego szoku.

W tychże okolicach, korzystając z gościnności członków dalszej rodziny A., osiedliśmy na niemalże tydzień przed opuszczeniem starego kontynentu. Umknąwszy schyłkowi roku w jego najgorszej, późnolistopadowej odsłonie, pojawiliśmy się w miejscu, w którym temperatura powietrza za dnia pozwala na kąpiel w morzu, chadzanie w przewiewnych koszulach czy zwiewnych kiecach nogami obutymi jedynie w sandały. Nikt z ciemnookich autochtonów tego jednakże nie praktykuje, tak jakby swoisty dresscode kod ubraniowy nie pozwalał im na tego typu „wariactwa” w środku jesieni.

05.JPG

Czas biegnie tu zbyt leniwie. Nie wiedzieć czemu, ale czasoprzestrzeń igra sobie z ludzkością i pomimo tej samej strefy czasowej, co w Polsce, czas tutaj się po prostu chamsko wlecze. Dotąd słynne opowiastki o siestach, mañanach i mętnym poczuciu punktualności zdawały się nad wyraz przesadzone. Pośpiech dostrzegalny jest jedynie w mowie, co zresztą dodaje temu obrazowi kilka punktów do groteskowości. Zazwyczaj wystarczy zapytać dotąd spokojną osobę o byle pierdołę, a ona tak jakby tylko na to czekała przez cały cholerny dzień – wybucha by wytłumaczyć Tobie wszystko dokładnie i nie spocznie, póki nie upewni się, że todo claro.

Do tortilla de patatas nie dodaje się żadnej gęstej śmietany! Tylko ziemniaki, jaja i cebula! Ziemniaki, jaja i cebula! Zmieszać trzeba na patelni i tyle! Ale gęsta śmietana?! Nie wiem co to jest w ogóle! To nie istnieje w Hiszpanii!

I potem znów cisza. Wszystko oczywiście z uśmiechem na twarzy i bez żadnych złych intencji. Wybuchowa szczerość i tyle.

Nieco egzotyki wnosi tu jednak spory odsetek wszelkiej maści europejskich emerytów, zwłaszcza z krajów zachodnich, którzy wybijają się ponad resztę nie tylko wyglądem, ale także zasadniczym brakiem znajomości hiszpańskiego. Sprytnie z ich strony, że mają alternatywę dla ciągłej niepogody. Jednakże nastawienie to pod pewnym zasadniczym względem do złudzenia przypomina bezwstydne polaczkowa na wyspach brytyjskich.

Nie należymy do osób, które jakoś specjalnie pociągają wczasy plażowicza. Po piętnastu minutach leżenia na piachu w pełnym słońcu można oczadzieć, a najgorszym tego uzupełnieniem jest sytuacja, w której morze ma przy okazji temperaturę i konsystencję rosołu. Jest wysoce prawdopodobne, że tutejsze plaże w szczycie sezonu bikini i lamborghini są właśnie takie. Takie, jak większość cywilizowanych plaż okalających basen mediterrański.

04

Jesienią jednakże na 300 metrów wybrzeża przypada jeden kąpiący się mołojec. Dla lokalnych świr. Tak było w Calp(e). Łatwemu do rozpoznania miastu dzięki ogromnej skale, który wyrasta nad nie z jego plaży. Przemierzanie plaży bądź ciągnącej się wzdłuż niej promenady i kontemplowanie tegoż skalistego obiektu nie okazało się jednak, na szczęście, jedyną atrakcją. Znaleźliśmy przejście na klify skryte za nim.

01.JPG

I tu porwała nas po raz kolejny ścieżka na szago. Nieopodal, po przejściu przez gęstwinę krzewów, dotarliśmy do odizolowanej plaży wyłożonej białymi głazami, notorycznie zalewanymi morską wodą. Czyżby ktoś rozpuścił w niej miód? W pełnym słońcu można odnieść takie wrażenie, gdyż blade kamienie skąpane są w tym miejscu miodnym blaskiem. Ta opuszczona plaża zdecydowanie stanowi osobliwy kawałek przestrzeni na tle okolicy. Miejsce to bezpośrednio graniczy ze wspomnianym masywem od jego północnej strony i układa się w jedną, wyjątkową całość.

02

Ogrom białej bryły skąpo odzianej roślinnością przypominał nieco przerośniętego grzyba z fragmentami obgryzionego mchu. Bardzo dobra wizytówka dla miejsca, które zwie się Costa Blanca. Obawialiśmy się nagłego wysypu roznegliżowanych przejrzalców – jak to zwykle bywa w tak zaszytych rewirach (sądząc po napisie, który widniał na skale przed stromym kamienistym zejściem – playa nudista). Byliśmy natomiast tylko my i mały kuter rybacki.

03

Hiszpania, tak jak wiele krain wokół wzmiankowanego basenu cechuje się tym, że od morza do gór nie jest daleko. Różnorodność w zasięgu ręki. Tak też wybraliśmy się i w pobliski łańcuch górski Sierra de Bernia y Ferrer. Korzyści płynące z tej wyprawy pomnożyliśmy. Nie tylko bowiem mogliśmy zaznać czaru górskich krajobrazów, ale także poddać wstępnemu testowi słynną wełnę merynosa (a mianowicie skarpety z niej wykonane) oraz nasze buty wypadowe. Wróćmy jednak do sedna. Żółto-biały szlak, który obraliśmy zaczynał się w wiosce Pinos, do której dojazd możliwy był dzięki serpentyniastej drodze osadzonej na urwisku.

06

Ścieżka dla pieszych natomiast wiła się z początku dość delikatnie pośród hacjend zasilających ulokowane plantacje mandarynek, nektarynek czy arbuzów.

11

Zdecydowanie nie była to uprawa masowa, a raczej nastawiona na zaspokajanie potrzeb rodziny. Na większej wysokości przybierały one formę utrzymywanych dzięki kamieniom tarasów, które wyglądały niczym ekskluzywna ścieżka – schody dla olbrzymów. Z racji naszych gabarytów zdecydowaliśmy się jednak kontynuować marsz po ludzkiej ścieżce.

08

Wspinając się po usianym kamieniami szlaku na przeciw nam, zza gór, zaczęła wypływać gęsta chmura, przez którą przedzierały się promienie słoneczne, które zanurzały okolice w nieco popielatej tonacji. Na zakręcie drogi wyłonił się opuszczony domek w stanie rozkładu. Co prawda chybionym byłoby stwierdzenie, iż jego stan odbierał mu uroku, to jednak nasze głowy zaprzątała myśl jak wyglądał w latach swojej świetności.

07

Byłaby to niewątpliwie idealna przystań dla umęczonych piechurów. Jak dobrze byłoby gdyby drogę zaszła nam ama de casa częstując nas winem mandarynkowym. Owszem, przycupnęliśmy tam, lecz chętniej weszlibyśmy do środka, gdyby tylko duch tego miejsca nadal był w nim obecny i na tyle gościnny by nas zaprosić w swoje progi. Miejsce to widocznie nie było nawiedzone i tego jeszcze bardziej żałowaliśmy.

09

Niemniej powiew mroku nadal utrzymywał się w atmosferze, czego dopełniał przepastny las rozpościerający się w wąwozie za wspomnianą ruiną. W jego niwie próbowaliśmy dostrzec cieniostwora bądź chociaż usłyszeć jego ciężki oddech. Dane nam było pochwycić jedynie wszechobecny szum drzew.

10

Niestety nie starczyło nam dnia by wspiąć się na jeden ze szczytów tych gór. Olbrzymie stopnie na ostatnich piętrach porośnięte są w tym miejscu drzewami oliwnymi, aż po skałę gór. Wyższe partie przeznaczone są zaś tylko dla niedostrzegalnych kóz, które zdradzało jedynie meczenie rozlegające się szerokim echem w dół.

13

Szkoda, że nie jesteśmy tacy kopytni i nie potrafimy skakać wysokopiennie tak jak one – zapewne wówczas więcej migawek rozsławiło by góry Bernia i Ferrer.

12

Reklamy

One thought on “hiszpański bu/ifor

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s