o mały papierek

Godzina piąta trzydzieści rano. Po nieprzespanej nocy na lotnisku im. Adolfo Suareza w Madrycie zbliżamy się do bramki odprawowej numer ten i ten, nad którą widnieje duże logo AirChina. Całkiem spora kolejka wszelkiej maści podróżników. Niektórzy już w klapkach i luźnych koszulach, tak jakby lot trwał pół godziny, a na zewnątrz było 40 stopni na plusie, a nie na minusie. Niektórzy zaś w traperach, tak jakby z samolotu mieli wyskoczyć wprost do amazońskiej dżungli. Za nami jurna parka, modnie ubrany typek z dużymi ilościami żelu naraz w swych piórach oraz jego pomarańczowa księżniczka obdarzona permanentnym szczękościskiem, która niesamowicie podniecona pozuje swemu donowi do zdjęć (wzbudzając swoją przesadzoną ekspresywnością sporo zamieszania wśród niewyspanych podróżnych).

Tymczasem my zbliżamy się do rzeczonego punktu wygrywając – tak jak każdy – ten bagażowy wyścig, dajemy paszporty, bileciki i niczego się nie spodziewając słyszymy przebrzmiałe rutyną słowa, które dla nas są niczym strzał z batoga między uszy: „Poproszę jeszcze dokument wyjazdowy z Brazylii”. Ściana. Po negatywnej odpowiedzi próbujemy dowiedzieć się o co w tym tak właściwie chodzi. Prawda jest szokująca jak na ostatnie chwile przed wylotem. Aby wlecieć do Brazylii trzeba mieć potwierdzenie tego, że się z niej wyjdzie. Najpóźniej po trzech miesiącach od przybycia.

lotryc1.png

„Co za faszystowski kraj!” – pierwsza myśl.
„Podróż się skończy przed jej rozpoczęciem” – druga myśl.
„Musimy coś na szybko skołować” – trzecia myśl.

Jako, że mamy ze sobą malutki komputerek (dzięki któremu m.in. prowadzenie niniejszej witryny jest możliwe), jęliśmy go wyjmować z torby podręcznej i desperacko szukać jakiegokolwiek biletu na autobus wyjeżdżający z Brazylii i dojeżdżający do Urugwaju – kolejnego punktu naszej podróży. Próba zakupu na pierwszej ze stron zakończona fiaskiem. To samo na kolejnej, następnej i dalszej. Okazało się to niewykonalne. Przeszywająca rozpacz połączona z ogromnym stresem. Adrenalina na bardzo wysokim poziomie, tak, że całe zmęczenie momentalnie odeszło z naszych głów. Zamiast tego zaczął się z nich toczyć rzęsisty pot. Najgorszy z możliwych koszmarów i to na tym etapie. Totalnie skołowani podchodzimy jeszcze raz do stanowiska odpraw by upewnić się czy nie da się tego jakoś obejść i zarazem poradzić się co zrobić, jeśli faktycznie się nie da. Niezbyt przejęta naszym zmartwieniem pani, mówi żebyśmy poszli do innego punktu na tym lotnisku, gdzie mogą nam zarezerwować jakiś bilet wyjazdowy z Brazylii. Brzmi nieźle, może ten zaułek ma jakieś tylne drzwi. Śpiesznie tachając ze sobą tobołki docieramy rzeczonego miejsca i dowiadujemy się od innej kobiety, że rozwiązaniem jest… kupno biletu lotniczego w – delikatnie mówiąc – horrendalnej cenie. Bardzo drogo jak na last minute, doprawdy.

I co teraz?! Zrzedłe miny na naszych steranych twarzach musiały wyglądać wyjątkowo boleściwie. Nie wiem czy kiedykolwiek tak wyglądały. (Z perspektywy czasu – chcielibyśmy je teraz zobaczyć, byłby to pierwszorzędny obrazek w kategorii tragifarsa). I tu należy oddać hołd dobremu człowiekowi, jakim była owa pani. Musieliśmy wyglądać na poważnie zdruzgotanych, bo ewidentnie poruszyliśmy jej sumienie. Wbrew swoim obowiązkom bowiem, widząc, że mijamy się z możliwością kupna tego biletu i że przez głupi przepis celny nasza wyprawa rozejdzie się po kościach – kazała podejść bliżej i niemalże szepcząc, poleciła nam stronę internetową, na której można zarezerwować bilety lotnicze nigdy za nie nie płacąc. Rezerwacja bowiem ulega automatycznej anulacji w przypadku braku zapłaty przez 48 godzin od jej dokonania. Cudownie! Krótki instruktaż co wpisać, gdzie kliknąć i gotowe. PDF z niby-biletem na komputerze. No to nogi za pas, z powrotem do odprawy. To wątpliwe rozwiązanie problemu zdawało się wówczas jedyną deską ratunku. Nadal znudzona kobieta – jak gdyby nigdy nic – spojrzała, przyklepała, przykleiła naklejki na plecaki. I poszli do samolotu nadal nie dowierzając swemu szczęściu. Dobrzy ludzie, cześć Wam!

Rollercoaster znów w swoim najwyższym punkcie. Książkowy przykład szczęścia w nieszczęściu. Adrenalinowo-euforyczny stan powoduje, że czujemy się totalnie odrealnieni nadal nie wiedząc czy aby na pewno to nie była dalsza część jakiegoś figlarnego koszmaru. Że też nie wpadliśmy na to, żeby się wtedy uszczypnąć! Przynajmniej bylibyśmy tego pewni. Półsen nadal trwa, lecz jego posępne odcienie przerodziły się w tak jasne, jak widoczne przez okienko samolotu chmury o wschodzie słońca, by następnie przygasnąć, tak jak nasza świadomość. Po kilkunastu minutach w wygodnych fotelach zasypiamy w spokoju ducha wysoko nad powierzchnią ziemi.

chmurky

Sinusoida, na której się znajdujemy uwidacznia się zwłaszcza podczas podróży i stanowi jej nieodłączną część. Podróżowanie przypomina karuzelę, którą jakiś złośliwy klaun przestawił na najwyższy bieg i kto nie trzyma się mocno, ten łatwo może wypaść. Stabilizacja, choć następuje, to niezwykle rzadko.

Okres depresji ulokował się z powyższej konieczności między dwoma okresami szczęścia. Szczęście dopisało nam bowiem także przed pojawieniem się na lotnisku. Jak manna z nieba pojawił się przejazd na Blablacar z miejscowości Denia, aż do samego lotniska. W dodatku dzień przed naszym wylotem. Kierowcą okazał się być klawy Kolumbijczyk – lekarz od nagłych przypadków i kofeinista. W jego dużym Chevrolecie czuliśmy się jak w limuzynie z osobistym szoferem. Przez całą podróż co chwila troszczył się o nasz komfort, zabawiał nas rozmową i był bardzo wyrozumiały dla poziomu naszego hiszpańskiego. Co więcej, zaprosił nas byśmy odwiedzili jego rodzinny dom w Kolumbii, zaś podczas postoju nalegał na to by mógł nam postawić kawę. Takich ludzi nie spotyka się często! Podobno dziennie wypija jej od dwóch do dwóch i pół litra. Ni krzty mate czy herbaty. Aromatyczna smoła od kiedy pamięta. O dziwo jego zęby nie były czarne. Podobno w Kolumbii wszyscy są uzależnieni od kofeiny – zdaje się, że genetycznie. Ciekawe jak się sprawa ma z innym towarem eksportowym Kolumbii – kokainą. Może po prostu słodzi się tam nią kawę?

Nie wiemy jeszcze czy dane nam będzie pojawić się w kraju wiecznie pobudzonych. Niemniej zaproszenie złożone przez Juana z pewnością stanowi asumpt ku temu.

Całe szczęście rozważanie takich sposobności jest teraz możliwe. O mały (głupi!) papierek nie byłoby nas w Ameryce Południowej. Być może to swojego rodzaju nauczka, ale też ostrzeżenie dla każdego, kto chciałby podążyć naszymi śladami. Chyba, że trafi się na dobrego człowieka.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s