przemknąwszy

No to wychodzimy z tuneli lotniska z plecakami na plecach. Nie bacząc na taśmę z bagażem dostajemy nasz niemalże od razu, bo ktoś uznał, że jest delikatny. Napar w powietrzu. Zewsząd bucha na nas skondensowany tlen, dwutlenek węgla, argon i co tam jeszcze w tej dusznej mieszance.

Zamierzając spędzić w São Paulo jak najmniej czasu od razu orientujemy się w możliwościach ucieczki. To miasto nadzwyczaj rozległe i stanowczo przeludnione. Opuścić je o własnych siłach, to jak grać w szachy nie wiedząc jak rusza się goniec. Byleby tylko dostać się na autobus opuszczający miasto. Informacja nam udzieliła samej siebie, że wpierw należy kupić bilet na biały autobus i jechać do głównej stacji metra. Tam będzie przesiadka. Brak reali brazylijskich koniecznych do kupna biletu zmusił nas do wymiany kilku papierków. Wymieniliśmy niewiele spodziewając się mało korzystnego kursu. Lotnisko Guarulhos bowiem znajduje się poza tą słoneczną dżunglą z płyty. Szach… przed nami trzy przesiadki by dotrzeć do autobusu ewakuującego się z tej gęstwiny budynków… mat.

Zastaliśmy ludzkie mrowisko. Każdy gdzieś idzie. Niektórzy coś noszą, jedni rzeczy mniejsze, a inni większe. Jedni truchtając, a drudzy niespiesznie. Miły pan, którego imienia nigdy nie poznamy wskazuje nam drogę i dba o powodzenie naszej przeprawy przez kolejne zawiłe zakamarki tego betonowego buszu. Drzwi metra rozsuwają się, a przed nami przesiadka do kolejnego wagonu. Z każdym jego otwarciem rój się przelewa. Przez całą podróż w tych pędzących pod ziemią puszkach zmuszeni byliśmy mieć oczy dookoła głowy. Niektóre z sardynek bowiem z pewnością czają się na zawsze rzucających się w oczy przyjezdnych. Kradzież kieszonkowa to w Brazylii codzienność, a São Paulo to miasto, gdzie gildia złodziei podobno działa nadzwyczaj prężnie. Tym razem chojraków całe szczęście zabrakło. Drzwi otworzyły się ponownie i tym razem wylaliśmy się razem z resztą zainteresowanych cały czas kurczowo trzymając nasz przenośny dobytek.

Terminal autobusowy Tietê pachnie prażonymi orzeszkami z karmelem. To tylko zapach biznesu na kółkach. My jednak, morzeni głodem znacznie przekraczającym zdatność kaloryczną orzeszków, wybieramy budę z hot-dogami, w której serwuje pan z siatką na głowie. Do wyboru dwa rodzaje, duży z dwiema parówami i mały z jedną. Najważniejszą zaletę tej przekąski stanowiła jej relatywnie niska cena. Nie warto było spodziewać się kokosów – jako uzupełnienie bułki otrzymaliśmy purée ziemniaczane (sic!) oraz przesiąknięte tłuszczem czipsy imitujące prażoną cebulę (sick!). Nasze kubki smakowe staraliśmy się wyłączyć na tę chwilę. O dziwo nie byliśmy jedynymi klientami. Nigdy byśmy nie zdecydowali się na te mizerne bułki gdybyśmy wiedzieli, że w kantorze na lotnisku grabi się po dwakroć. Przekonani bowiem o dwa razy mniej korzystnym kursie doznaliśmy szoku i tkwiliśmy w przeświadczeniu, że Brazylia to jak Zachodnia Europa – pod względem cen. No nic. Trzeba było jakoś uzupełnić zapasy energetyczne przed 12-godzinną podróżą w fotelach autobusu. Bardzo wygodnych jak się okazało – natychmiastowo pochłonął nas sen.

05

Kolejny dworzec stoi przed nami otworem. Od tego miejsca postanowiliśmy zacząć łapanie stopa. Do tego potrzebny jest jednakże marker oraz karton. Wobec czego musieliśmy wypuścić się w miasto. Znów tłumy – turyści, uliczni handlarze, naganiacze, cwaniaczki siedzące na rogach ulic oraz my. Mieliśmy tak mało lokalnych kwitów, że trzeba było pozyskać je ponownie. Czyżby okazało się to niemożliwe? Po przejściu niemalże całego deptaka nie spotkaliśmy ani jednego kantoru, błędnie sądząc, że będzie nim miejsce. Nie! Tu poprzez kantor rozumie się pana w adidasach, czapce z daszkiem, kieszonce biodrowej i koszuli polo z narzuconą nań jaskrawą kamizelką z napisem „CAMBIO”. Co więcej pan taki oferuje wyśmienity kurs – lepszy niż oficjalny, a ponadto błyskawiczną transakcję oraz zero dyskrecji.

Marker zakupiony, karton zdobyty. Jesteśmy gotowi do podjęcia dalszego planu ewakuacyjnego z Brazylii. Jako, że znaleźliśmy się na wyspie, konieczne było jej opuszczenie i dostanie się do autostrady biegnącej na południe. Możliwe to było tylko poprzez jedyny most łączący Florianopolis z lądem.

01

Po drodze dwóch facetów łowi ryby z mostu. Jak się okazało – podmostowe nieruchomości mają swoich lokatorów. Niektórzy śpią w namiotach, a niektórzy w kartonach. Wywieszają swoje mokre ciuchy na publiczne wyschnięcie tam, gdzie tylko da się zawiązać linkę. Typ koczowników, ale raczej nie podróżników. To prawowici, długoterminowi zasiedzeni. Niewyobrażalna bieda, a obok niej – niczym ornamenty – wypasione piętrowce. Mieliśmy sporo okazji ku takim spostrzeżeniom, ponieważ nasz marsz niespodziewanie się wydłużył o sześć kilometrów. Jakiś chłopak poradził nam bowiem łapać stopa ze stacji benzynowej przekreślając jakiekolwiek szanse na podwózkę w miejscu, w którym staliśmy.

Siedem stacji benzynowych po złej stronie autostrady, zaś po właściwej naszemu kierunkowi jedynie trzy. Pierwsza okazała się zupełnym barachłem bez zjazdu na autostradę. Za kilometr kolejna – na niej zero odzewu – kierowcy zamiast się zatrzymać pokazują, że zaraz zjeżdżają albo odwzajemniają kciuka w górę. Większość jednak nas ignoruje. I tak mija pół godziny. Ostatnia stacja ratunku okazała się być położona półtora kilometra dalej. Nasze nogi wołają o pomstę do nieba. My jednak zgodnie znęcamy się nad nimi i docieramy do kolejnych zadaszonych dystrybutorów. Czarny scenariusz sprzed półgodziny się powtarza. Nikt nie jest zainteresowany użyczeniem miejsca w swoim wozie – i to przez całą godzinę. A słońce już zaszło.

Zmęczywszy dolne kończyny do cna, siedzimy na plecakach nieśmiało pokazując karton z napisem „PORTO ALEGRE” dotankowanym bądź zatankowanym furom. Nagle podchodzi jakiś młodszy facet. Pewno chce nam powiedzieć, że jesteśmy głupcami próbując coś załapać w tym miejscu i o tej porze. Ten jednak proponuje nam podwózkę, tyle, że najpierw musi jechać do kolegi ostrzyc sobie włosy. Nie spodziewając się ciekawszych opcji, czekamy na jego powrót, chowając karton i żywiąc podupadłą już nadzieję. Wraca i każe wsiadać. Gdy już odjeżdżamy po chwili gwałtownie hamuje, a my zostajemy rzuceni w wirujący bezwład – stłuczka. Pogawędka na zewnątrz z której nic zrozumieć nie możemy. Uścisk dłoni. Problem został szybko zażegnany – stuknięty kierowca nie posiadał papierowej licencji na poruszanie się swoim gratem. Niewiele to zmienia, ale nie więcej zmian stanowią ledwo widoczne ryski na karoserii obu samochodów. Wszystko jedno. Jedziemy dalej próbując podjąć komunikację z Brunem, który przemawia do nas tylko po portugalsku. Pokazuje nam zdjęcia swoich córek, jednocześnie nie przejmując się zanadto jezdnią i tym co na niej się przemieszcza. W rajdowym stylu bierze zjazd z powrotem na autostradę. Widać, że sprawia mu to frajdę. Ten dobry człowiek wręcza nam siatkę pełną owoców i zostawia nas po trzydziestu kilometrach na stacji, tym razem pełnej ciężarówek.

Do jednej z nich niebawem się przesiadamy – do ciasnej kabiny zaprasza nas lekko zdezorientowany kierowca. Mruczy tak jakby wstydząc się tego, że mówi do nas w obcym nam języku. Trzy osoby zostają szczelnie zamknięte w dziewięciu metrach sześciennych. Atmosfera się zagęszcza, a klimat wczesnej nocy powoduje, że my, pasażerowie, zaczynamy bezwolnie bujać głowami w rytm drogi. Trzeszczące brazylijskie radio zdaje się brzmieć przez moment jak czechosłowackie. Fffszz. Nagle coś szarpie. Uwolniwszy się z sideł Morfeusza patrzymy na pana za kierownicą, który ziewając podkłada sobie pod głowę rękę czyniąc z niej ekwiwalent poduszki. Natychmiast otwieramy okna, a wrzask rześkiego powietrza, które staje się coraz chłodniejsze, sprawnie odpędza senne mgły. Wkrótce nużąca droga dobiega końca. Ciężarówka się zatrzymuje, a kierowca zapewnia nas, że wysiadamy w dobrym punkcie. Wokół niego wszak znów skupione są ciężarówki.

Miejsce to jednakże żyje tak jakby jedynie połowicznie. Jest godzina pierwsza w nocy. Światła półprzygaszone, a w miejscu gościa w jednokolorowych spodnioszelkach skąpo odziana kobieta myjąca szybę pojazdu. Unikalny obraz, który mózg (starając się go zracjonalizować) tłumaczy jako „przecież jest tu bardzo ciepło”. Poza odgłosami pluskanej, wylewanej i rozpryskiwanej wody słychać tylko orkiestrę świerszczy czy innych owadów. Nikt nie zjeżdża tu z autostrady bez przyczyny, a na pewno nie po to, żeby zaraz na nią wrócić. Trafiliśmy na bagno, po kolana. Niektórzy śmiałkowie podjeżdżają tu nawet w środku nocy, a nie wciągną się tylko ci, którzy odjadą po dwóch minutach. Zza tapicerki wyglądać dla nich musimy jak dwójka szaleńców pokazujących przejezdnym napis odległego o czterysta kilometrów miasta. Półtorej godziny bezsilności.

Co okazało się w międzyczasie – trafiliśmy do wielobranżowego serwisu sygnowanego marką Presidente. Zatankować można było na Posto Presidente, zjeść w Restaurante Presidente, przespać się w Hotel Presidente, a wymienić opony w Vulcanização Presidente. Do tego wszystkiego dochodzą jeszcze usługi innego typu, lecz dostępne tylko wtedy, gdy większość pozostałych tkwi w letargu. I wtem spomiędzy ciężarówek wytoczył się największy bumbum w Brazylii. Co prawda była to kobieta, lecz tak surrealistycznie i nieestetycznie dysproporcjonalna, że w pierwszej chwili pomyśleliśmy o jakiejś strasznej chorobie genetycznej, z którą ta nieszczęśnica musiała się urodzić. Po dziś dzień zachodzimy w głowę myśląc o przyczynie gargantuiczności tej części jej ciała. Uwierzcie, to nie przerost naszej zmęczonej wyobraźni – widocznie Ona musiała przyciągać tam ciężarówki. Gdyby ktoś kiedyś planował filmową wersję kreskówki „Krowa i kurczak” bądź „Jam Łasica”, to miałaby duże szanse na wygranie kastingu na Czerwonego!

Nadzieja – matka głupich osierociła nas na dobre. Zdaliśmy sobie sprawę, że do rana nikt już nas stąd nie zabierze. Kilkanaście metrów od siebie widzimy jednakże drzwi wejściowe zapraszające do prezydenckiego hotelu. Obok nich dzwonek – w środku natomiast ciemno. Dzwonimy. Raz i drugi raz dla pewności. Po chwili słychać szmery i drzwi otwiera nam wyraźnie chwiejący się facet. Wyjątkowo niezapraszająco stoi w drzwiach z taką miną, jakbyśmy zapukali do jego sypialni. Pytamy po hiszpańsku czy dysponuje wolnym pokojem i ile sobie za niego życzy. Z jego ust wydobywa się wyjątkowo nieskory do kooperacji bełkot, wypowiedziany jednakże tonem poważnej odpowiedzi. Próbujemy dopytać, ale chyba tylko dla dopełnienia konwenansu – wiecie, tak żeby nie było, że budzimy go dla jaj. On coś dezaprobująco jęczy pod nosem, wspominając w końcu o kwocie 60 reali. Ostatkami dobrej woli ciągniemy konwersację, która po chwili umiera śmiercią naturalną na skutek bełkotoku ze strony owego jegomościa. No to nic tu po nas. Teraz nasz sierocy los pod swoje skrzydła wzięła ciocia Brawura. Kierowani jej podszeptami, po rekonesansie okolicy, rozbijamy namiot na polu między obskurnymi zabudowaniami, przy płocie pod miejscową elektrownią.

Wyjątkowo ciepła noc i permanentnie wydobywający się z nas dwutlenek węgla zapewnia nam całonocne pompowanie krwi przez zastępy komarów. Matka, o której myśleliśmy, że nie żyje – nagle powraca i nas obejmuje, a ciepło poranka sprawia, że znów ją kochamy. Szybko składamy wszystko do pierwotnej formy, zarzucamy ją na plecy i udajemy się z powrotem do niedawno odwiedzonej przydrożnej przystani. Promienie słoneczne sprawiły, że przepoczwarzyło się ona w całkiem przeciętną stację benzynową z dobrym obrotem głodnej paliwa klienteli. Przekąszamy coś z tamtejszej restauracji – jedzenie naprawdę przyzwoite pod względem jakości i ceny, a wystrój wnętrz nieco staroszkolny.

02

I znów zaczynamy eksponować karton i kciuki. Nie żeby zaraz ktoś nie chciał nam udzielić pomocy – przez dwie godziny wszyscy albo skręcają w prawo, albo mają pełne samochody, albo nas nie widzą, albo udają.

03

Tymczasem zbliża się południe. Asfalt, na którym stoimy, nagrzewa się jak patelnia. Przez dwie godziny przypadło nam być dwoma jajami sadzonymi smażonymi na niej, i to bez masła. Danie tak wyjątkowo paskudne, że można dostać udaru. Spalone jaja – jakimi na skutek smażenia na wolnym słońcu się staliśmy – toczą się dalej w poszukiwaniu wyjścia z tej niesmacznej sytuacji. Na horyzoncie widnieje sklep z lodami. Trzeba ochłodzić nasze parujące czaszki, których zawartość nieco się już zwarzyła. Miejsce to okazało się mekką lodzianych amatorów. Lody na patyku, w wafelku, w pudełku i wodne. Lody o smaku każdego owocu, alkoholu, słodyczy czy innych smakowitości. Onieśmieleni ofertą kupujemy po jednym. Inni kupują całe siatki i w pośpiechu wracają do domu w obawie przed ich rozpłynięciem. My natomiast rozpływamy się naszym fortunnym ostudzeniem. Nic jednak z tej chwili radości – nasza wyrodna matka znów nas opuszcza, tym razem na pastwę przewoźników autobusowych.

Brazylia to piekło dla autostopowiczów. Przemknięcie przez nią okazało się konieczne, od początku bowiem nie była zaliczana do celów naszej podróży. Kompletna nieznajomość języka, powyżej opisane niesprzyjające warunki, a przede wszystkim opresyjne przepisy, podług których mieliśmy ją opuścić po pięciu dniach szybko nas z niej wygnały. Niezależnie od tego czy ktoś faktycznie kontroluje na tyle wjazdy i wyjazdy z tejże egzotycznej klatki – nie chcieliśmy ryzykować i przez zakończyć podróży poprzez deportację. Do usłyszenia z Urugwaju!

04

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s