na psiej drodze

„El mejor viaje de tu vida” (tłum. najlepsza podróż twojego życia) – szumny napis widniejący na zagłówku zapewnia pasażerów, że lepiej usiąść nie mogli. I faktycznie nie ma na co narzekać. Praktyczny brak infrastruktury kolejowej sprawia, że wszystkie największe luksusy znane europejskim podróżnym poruszającym się po lądzie zostały przeniesione z pociągów do autobusów. Nie ukrywamy, że chętnie zapłacilibyśmy mniej, żeby po prostu dotrzeć z punktu do punktu. (Nie)stety nie mamy wyboru. Wyjątkowo egalitarne traktowanie klienteli – brak klasy pierwszej i drugiej. Po pierwsze, powszechny, „nielimitowany” dostęp do internetu – jak się okazało przez większość czasu niedziałającego, prawdopodobnie ze względu na jego obłożenie. Po drugie – obiadek wraz z deserem dla każdego pasażera! Que rico! Dość spory kawałek poprawnie usmażonego i przygotowanego steka wołowego wraz z puree ziemniaczanym. Do tego ciasteczko z ulubionym przysmakiem południa Ameryki Południowej – dulce de leche (w tłumaczeniu: słodycz mleka – czyli karmel w formie masła), a jakże! Po trzecie – napoje, każdemu według potrzeb, bez limitu dolewek – pepsi albo przesłodzona kawa. Wszystkimi tymi usługami zawiadywał wesoły stiułardes zwracający się do nas per chicos. W pierwszej chwili zabrzmiało to jak farsa, tak jakby nie traktował nas w ogóle z szacunkiem. Co się okazało – tutaj to po prostu normalny sposób zwracania się do młodzieży jakiejkolwiek proweniencji.

Po udanej kolacji, z zapełnionymi po brzegi żołądkami zanurzyliśmy się w ciemność snu, którą zakłócić mogły tylko wyrwy w nawierzchni dróg oraz bramki graniczne w Chuy. Jednak nikt tamże nie angażował się w sprawdzanie czy w autobusie faktycznie siedzi dos chicos de Polonia. Dobry znak – skoro nawet celnicy nie dopełniają swoich obowiązków jak Pan Państwo przykazał, to inni oficjele może też nie mają skłonności do nadgorliwej opresyjności?

Miejscowość San Carlos wita nas ciepłym i jednocześnie rześkim porankiem. W pierwszej chwili nie do odróżnienia od przeciętnej mieściny na Kujawach. Wyłączając szyldy w języku hiszpańskim i wszechobecnych mateistów. Typowy małomiasteczkowy poranny marazm ludzi rozpoczynających niczym nie wyróżniający się dzień ich życia. Uliczny handelek, dwie taksówki na dworcowym parkingu, ktoś pali papieroski za rogiem i na coś czeka. Zaczynamy uskuteczniać rekonesans, a nuż ta mieścina czymś nas zaskoczy.

Nie musieliśmy długo na to czekać. Najrychlej otwartym sklepem jest supermercado Tata. Ochroniarz zupełnie niewyglądający na tatę, uprzejmie oferuje nam pozostawienie plecaków między jego zydelkiem a świąteczną choinką na czas zakupów. Urugwajskie ceny nie prezentują się zbytnio ekonomicznie pod względem racjonalnej oszczędności naszego portfela. To mało powiedziane – można zostawić w kasie fortunę jeśli będzie się brało z półki co popadnie. Za wyjątkiem taniutkiej wołowiny, wina, yerba mate i kilku innych produktów – jest tu o wiele drożej niż nad Wisłą. I podobnie jak w Polsce – nawet dla mieszkańców życie nie wydaje się tanie. Co wszyscy tu potwierdzają. Nie spodziewaliśmy się aż takiej drożyzny w jakimkolwiek zakątku tego kontynentu.

Po przemarszu przez ulice otoczone podniszczonymi kamienicami oraz sklepami w różnorodnym stanie, mijamy muśnięty kilkoma drzewami skwerek. Przekroczyć go można na planie litery X. Bez głębszej refleksji idziemy zatem po przekątnej i dalej w dół ulicy trafiając do mostu, za którym rozpościera się rozległy park. Przy ławce siedzą już pierwsi amatorzy smażonej wołowiny, czyli asado. Połowa tej zielonej przestrzeni zresztą jest im dedykowana. Wszędzie stoliki, siedziska i ruszty – w różnych konfiguracjach. Oraz kibel. Wokół przestrzeni plenerowych smażalni biegnie droga, po której co jakiś czas przejeżdżją fury załadowane młodzieżą. Z ich wnętrza wydobywa się jakiś wyjątkowo paskudny kawałek, przypuszczalnie kreacja hitu lata – coś cumbio-podobnego.

Nie cieszy się jednakże zainteresowaniem gęsto porośnięta przestrzeń między drzewami, zaraz na skraju wspomnianego parku. Nasz ekwipunek wzbogacony o zapas wina oraz zestaw obiadowy skłania nas do ostatecznego zakończenia przemarszu i zakoczowania z namiotem w tym miejscu.

03

Kuskus, tuńczyk w puszce oraz sos pomidorowy to świetna sprawa jeśli ma się niewiele ważący i jeszcze mniej zajmujący palnik alkoholowy oraz odpowiednie naczynie. Oczywiście trzeba mieć jeszcze paliwo – będąc jeszcze w Brazylii zaopatrzyliśmy się w „Zulu”. Ta galaretowana, łatwopalna substancja z początku niepozorna, potrafi solidnie się rozgrzać i urządzić polową ucztę. Wyszło to lepiej niż można było się spodziewać. Wino dopełniło wszystkiego. Luksusowo. Na koniec uraczyliśmy się kąpielą w rzece San Carlos, wzbudzając lekką konsternację wśród mieszkańców tejże mieściny.

02

– Skąd są? – zapytała nas zaraz po wyjściu z wody jedna z dziewczynek, które obserwowały nas z kamienia nieopodal.
– Z Polski – odpowiadamy.
– Bo mamy pytanie, jedna rzecz nas nurtuje.
– No to jakie to pytanie?
– No skąd są. Nasi znajomi po drugiej strony rzeki chcieli wiedzieć – tłumaczy się jakby lekko zawstydzona.
– Aha, myśleliśmy, że jakieś kolejne pytanie – odpowiadamy lekko zmieszani.
– Nie. Tylko to. Miłego – żegna się i szybko odchodzi na drugą stronę rzeki.
– Do zobaczenia.

Widzieliście kiedyś świetliki? Z pewnością mieliście ku temu okazję, ale zapewne nie w takiej ilości. Punkciki wyglądające nieco jak refleksy gwiazd odbite w gęstwinie roślin. Bezchmurne i bezksiężycowe niebo obdarzyło nas niecodziennym efektem wizualnym. Na ledwo widocznej granicy roślin i nieba można było odnieść wrażenie, że niektóre z tych owadów to gwiazdy, bądź odwrotnie. Co prawda świetliki – w przeciwieństwie do gwiazd – co chwilę przygaszają swój szałowy odwłok i wirują w powietrzu, ale w tych unikalnych warunkach przez ułamki sekund współtworzyły z odległymi słońcami wyjątkowo dynamiczne konstelacje. To chaotyczne, srebrzyste migotanie jest tu na porządku nocnym, o ile nie przebywa się w centrum miasta.

Kolejną rzeczą, która może zaskoczyć obserwatora niewpatrującego się jedynie w ziemię jest inność nieboskłonu. Nie mamy na myśli tylko innych gwiazdozbiorów widzianych tutaj, ani też księżyca dobierającego od odwrotnej strony, lecz przede wszystkim – przejrzystość gazowych sfer nad Urugwajem. Powoduje to, że zarówno zachody słońca, jak i igraszki księżyca z pomniejszymi chmurami bywają wręcz spektakularne.  Nie tyle nowe doświadczenie, co doświadczenie lepszej jakości.

Takie rzeczy nie biorą się z przypadku. Powód niemniej jest dość błahy. Niskie zaludnienie. Kawałek lądu, który powszechnie mianuje się Urugwajem jest prawie takich samych rozmiarów jak kawałek ziemi, który zwie się Polska. Różnica jest zasadnicza – urugwajska populacja homo sapiens jest jedenaście razy mniejsza niż polska. Tworzy to dość niespotykany, jak na europejskie warunki, prowincjonalny charakter właściwie wszystkiego poza dwoma czy trzema największymi skupiskami ludzkimi – Montevideo, Salto i Punta del Este.

01

Wprawdzie nie tylko one mianują się miastami, ale to jedynie kwestia innych niż na starym kontynencie proporcji. Więcej przestrzeni zajmują tu krowy, aniżeli ludzie. Przeważająca część tzw. miast w tym kraju to w rzeczywistości pełne ulicznych psów mieściny, w których „nic się nie dzieje”, a większość ludzi przemieszcza się w pordzewiałych samochodach bądź na skuterach by dotrzeć do domu, sklepu czy pracy. Zdarza się, że całymi rodzinami, także w tym drugim przypadku. Roi się tu od czworonogów, zwłaszcza tych bezdomnych. Co ciekawe, zazwyczaj nie sposób odróżnić tych, które mają właścicieli, od tych, które ich nie mają. Swojego rodzaju przysłonę stanowić mogą turyści oraz cały sektor usługowy skupiony na ich potrzebach. Tyczy się to jednak prawie wyłącznie wybrzeża, ale my trafiliśmy, jeśli nie w te miejsca, to nie w tym czasie.

08

Autostop działa w Urugwaju jak marzenie. Jest tak łatwo jak w Polsce. Wystarczy podnieść kciuk i poczekać tyle co na zaparzenie herbaty. Nie ma się gwarancji uzyskania miejsca w fotelu, nie wspominając już o pasach. Połowa przejazdów bowiem odbyła się na pace, a w innych przypadkach kiedy próbowaliśmy zapiąć pasy, kierowca machał ręką dając nam do zrozumienia, że to zbyteczne. Gładko więc wydostawaliśmy się z każdej z mieścin.

04

Wkraczając do mieściny Rocha widzimy dziwną płytę za wysokim betonowym płotem. W pierwszej chwili jesteśmy przekonani, że jest to jakieś wyjątkowo ubogie blokowisko. Z jednej strony wydaje się to właściwym tropem, lecz z drugiej nie uświadczyliśmy tu jeszcze żadnego bloku mieszkalnego. Może to jakiś cygański kombinat? Zbliżając się nabieramy przekonania, że w tym się nie da mieszkać i przez chwilę jesteśmy oszołomieni nie wiedząc jaką funkcję ma spełniać ten specyficzny obiekt. Wszystko jasne – dostrzegamy kwiaty ulokowane w małych wnękach oraz ukryte za nimi tablice. To nic innego jak wyjątkowo ergonomiczny cmentarz. By dostać się do grobu ulokowanego na wyższym piętrze należy wejść po schodach. Do dziś zagadką pozostaje dla nas to, jak wdowy w podeszłym wieku dają sobie radę z odwiedzaniem mężów-nieboszczyków.

05

Ciągniemy dalej nasz ekwipunek i co chwilę zatrzymujemy się doceniając dobrodziejstwo cienia. Puste ulice i pozamykane sklepy nie zwiastują niczego dobrego – martwa dziura. Szybko zmieniamy zdanie docierając do skwerku. Jak zza kurtyny wkraczamy z opustoszałej przycmentarnej części miasta w bazarowy półświatek. Po raz kolejny jest to popularny skwerek typu X. Tym razem jednak pełen żądnych zysku drobnych straganiarzy. Jeśli coś was goni, to nigdy nie zatrzymujcie się w takim miejscu by oglądać pierdoły wystawione na sprzedaż. My bowiem, zatrzymawszy się zaintrygowani ofertą bezzębnego pana oraz pani z lekkim wytrzeszczem oczu, poświęciliśmy co najmniej dwadzieścia minut na rozmowę. Właściwie bardziej przypominała przesłuchanie. Przyjacielskość i żywa ciekawość interlokutorów jednak zachęciła nas do zeznań i przez cały przebieg pogawędki nie zdawaliśmy sobie sprawy, że jesteśmy przesłuchiwani.

Skąd jesteście?        Czym przyjechaliście?        Dokąd jedziecie?
Będziecie tylko w Urugwaju?          Jak długo będziecie podróżować?
A gdzie śpicie? (tutaj pan uśmiechnął się, a pani zrobiła zdumioną minę)
Ale jak to tak w namiocie?        Nie boicie się?      Co jecie?
Gdzie się kąpiecie?
(pokręciła głową, a jej gałki oczne jeszcze bardziej się odsłoniły)
Ale jak to w rzece?       Gdzie pierzecie ubrania?

To w skrócie zestaw pytań, pod których gradobiciem się znaleźliśmy. W końcu mogliśmy też zadać pytanie. Jedno. O jakieś miejsce, gdzie można tanio zjeść. Wskazano nam carrito ulokowany na tym samym skwerku. I był to strzał w dziesiątkę. Za ok. 15zł można tam było uświadczyć typowego jedzenia ulicznego – milanesy – czyli gigantycznego kotleta wołowego w bułce. To popisowe danie ma tutaj rangę dania narodowego. Niestety urugwajska kuchnia niczym się nie wyróżnia. Wybraliśmy ten kawał mięsa w wariancie completo – do wnętrza załadowane zostało także jajko sadzone oraz rozmaite dodatki, których bukiet można było ułożyć wedle uznania. Ileż restauracji mogłoby się uczyć od tych kucharzy z przyczepy!

11

Nasz cel związany z dłuższym postojem już niebawem, po drodze jednak osiadamy na dwie noce w nadmorskim kurorcie La Paloma, słynnym na cały Urugwaj (nie to co Gołębiewek! – paloma znaczy gołąb). Na co dzień mieszka tu może ze sto osób. Całe życie koncentruje się na jednej, głównej ulicy zaczynającej się dużym sklepem i stacją benzynową, kończącej się rondem przy oceanie.

12

Całe szczęście przyszło nam pojawić się w tych okolicach przed sezonem bikini i lamborghini. Ceny – z tego co można dowiedzieć się tu i ówdzie – potrafią podskoczyć nawet dwukrotnie, gdy zacznie się oblężenie wczasowiczów. Twierdza łatwa do zdobycia, pod warunkiem, że ma się zbyt dużo pieniędzy do przetrwonienia. Ta malutka miejscowość nie oferuje więcej niż Puck – poza odmiennym wybrzeżem. Knajpy, hotele, hostele, lodziarnie i sklepiki z bibelotami. Już teraz najdrożej w całym kraju! No dobra, wybrzeże Atlantyku jest nieco bardziej malownicze niż nadbałtyckie.

13

Małym elementem, który odbił się w naszej pamięci, są tamtejsze murale. Ktoś miał wizję oraz talent. Ewidentnie. Świetnym tego uzupełnieniem byłaby przystań rybacka z portowym barem, co w takim miasteczku-widmo nabrałoby wyjątkowych walorów klimatotwórczych.

14

Chcąc czy nie chcąc musieliśmy osiąść w tym resorcie i to pod trzcinową strzechą. Chatka ta była najtańszą z dostępnych opcji, ale też najbardziej oddaloną od miejscowości. Całkiem niezła cena jak na wczasy nad oceanem. Jest tu wiosna. Jakkolwiek za dnia słońce potrafi niemalże uwędzić skórę, to w nocy robi się konkretnie zimno i wilgotno. Po poprzedniej nocy dało się odczuć niepokojące dreszcze zwiastujące chorobę. Zapewne to zasługa radykalnych zmian temperatur – na dworze skwar, a w autobusie czy sklepie lodówka. I tak w kółko. Nie chcąc wpędzić naszego zdrowia w niepotrzebne tarapaty osiedliśmy w tej zapuszczonej ruderze o rdzawych zaciekach.

10

09

Zapuszczone okazały się także tereny zielone, przez które prowadziła ścieżka do plaży. Nikt bowiem – całe szczęście – nie przystrzygał kwiecistych dywanów, którymi pokryta była ziemia w tym pasie. Niektóre z tych dywanów były wyjątkowo puchowe. Pierzasty rodzaj kwiatów w zetknięciu z promieniami słonecznymi tworzył porywającą całość.

07

Te bajeczne okoliczności wcale nie wykluczają  tego, że jej bohaterowie nie mogą zboczyć z barwnej ścieżki. Byliśmy spokojni i szczęśliwi, bowiem jeszcze nie wiedzieliśmy, że podążamy drogą do chatki wiedźmy, która osiadła na tym samym wybrzeżu…

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s