bajka o księżycowym domku

Nie tak dawno temu, nad opustoszałym wybrzeżem oceanu dwóch śmiałków, Lilia i Aster, trafiło do dziwnego domku położonego na samym końcu piaszczystej drogi. Domek ten wydał się im bardzo uroczy w swej dziwności. Na jego dużej ścianie z okrągłymi oknami widniał barwny malunek. Nie było można zajrzeć do środka, bowiem wszystkie okna gęsto zakryte były żaluzjami utkanymi z cienkich witek. Całość zwieńczona była niewielkimi czerwonymi dachówkami. Przed chatką stały puste łóżka, na poprzecznych belkach zamocowany był pleciony hamak, obok zaś zwisał wirujący łapacz snów. Przy bramie zawieszony był dzwonek, w który zadzwonili oczekując odpowiedzi. Aster chwycił więc za sznurek, który wieńczyła niewielka czaszka i <<dzyń>> – rozległo się głośne brzęczenie. Po niej zapadła cisza. Nikt nie otworzył drzwi chatki i nie wyszedł na powitanie przybyszów. Ci więc zadzwonili po raz drugi, a wówczas zza rogu wybiegł przyjacielski brązowy pies, który powitał ich merdając ogonem. Po chwili wcisnął się w szczelinę między plecakami pozostawionymi przez śmiałków i ułożył głowę między swoimi łapkami. Drzwi domku nadal pozostawały zamknięte. „Dokąd dotarliśmy?” – zapytała zmartwiona Lilia głaszcząc psa. „I kto nas tu ugości kiedy nikogo nie ma?” – dodała po chwili równie niepewnym głosem. „To musi być to miejsce! Wszystkie znaki po drodze na to wskazywały.” – pokrzepił ją Aster.

09

Ostatnie szarpnięcie za dzwonek nie przyniosło żadnego skutku. Jedynie drewienka na sznurku zastukotały leniwie, a z krzaków po drugiej stronie płotu odezwał się nagle świerszcz.

59

Niepokojąca cisza rozbudziła jedynie ciekawość dwójki podróżników. „Ja poczekam tutaj, a ty idź zajrzyj co jest za rogiem” – poleciła Lilia. Aster zgodził się i po kilku krokach wychylił głowę zza winkla. W środku ktoś jednak był! Wewnątrz na kanapie siedziały dwie zastygłe postaci tyłem do wejścia – czyżby spały? Obok nich stała jeszcze pełna filiżanka gorącej kawy. Dopadło ich aż takie znużenie, że nie zdążyli się nią nacieszyć? Przed nimi przez wielkie okno zauważył skryty za drzewami ocean. Wtem Aster zawołał Lilię.

– Cześć, przybyliśmy by pomóc Penstemonii – oznajmili nowoprzybyli.
– Witajcie, jesteśmy Irga i Cyprys. Też jej pomagamy. Nie ma jej teraz tutaj, wyjechała w dalekie strony i wróci dopiero za dwa dni. – odrzekła dwójka nie opuszczając kanapy.
– A więc możemy się tutaj zatrzymać?
– Powinniście zapytać sąsiada, chyba zaraz się tu pojawi. To on teraz czuwa nad tą chatką. Mamy świeżo zaparzoną kawę, napijcie się z nami.

Filiżanki nie zdążyły się opróżnić, a z wejścia rozległo się wesołe i głośne wołanie. To wąsaty sąsiad przybył wcześniej niż spodziewali się tego wszyscy w domku. Gęsty wąs zakrywał jego górną wargę, przez co brzmiał trochę niewyraźnie. A jego niesforne włosy uplecione były w kitę opadającą na plecy. Sąsiad o imieniu Berberys przywitał się z nowoprzybyłymi i w pośpiechu odszedł.

04

Nieopodal chatki rozlegała się mała pustynia. Nie była ona wcale piaszczysta. Jej jasna ziemia była bardzo twarda i sucha jak pieprz. Na części wyrastały rozmaite kępy ciemnozielonych krzewów. Niekiedy razem, a niekiedy samotnie. A tam gdzie ich nie było – widniała popękana ziemia.

10

Pęknięcia te rozwidlały się jak błyskawice. Pustynia ta wyglądała niczym labirynt, którego ściany tworzyła roślinność. Kończyła się urwiskami, a na jednym z nich znajdowało się zarośnięte przejście prowadzące do domku Penstemonii.

Z jednego z krzewów swój marsz rozpoczynały pracowite mrówki. Nie straszne było im ani słońce, ani sucha ziemia, po której przechodziły. W jedną stronę szły mrówki idące bez niczego. Natomiast w drugą stronę, tą samą drogą, kroczyły spowrotem by nieść znalezione przez siebie cząstki przyrody.

12

Tworzyły bardzo ruchliwą ścieżkę. Niektóre z nich potykały się i na chwilę zapominały dokąd idą. Szybko jednak porywał je tłum towarzyszek drepczących we właściwym kierunku. W pewnym miejscu na mrówczanym trakcie z ziemi wystawało kilka suchych trawek. Co chytrzejsze z mrówek kryły się pomiędzy źdźbłami i odpoczywały od żmudnej pracy.

W tych okolicach przechadzali się także Lilia oraz Aster. Po tym jak skończyli przyglądać się tym małym stworzonkom, przeszli przez pustynię i dotarli do wąskiej ścieżynki schowanej w gałęziach tuż za łysą górką. Prowadziła ona do plaży. W miejscu, w którym wyszli nasi wędrowcy nie było nikogo. Jedynie wiatr dmał w liczne diuny porośnięte delikatną szczeciną i rozsiewał piach tu i tam.

01

Gdy spojrzeli w prawo, za mokrą mgiełką dojrzeli w dali kształty miasteczka. Postanowili wybrać się tamże aby uzupełnić zapasy jedzenia. Szli zaraz nad brzegiem, a słona woda podmywała ich stopy. Im bliżej byli miasta, tym więcej ludzi napotykali. Większość z nich leżała bez ruchu na swoich ręcznikach, niektórzy próbowali okiełznać ogromne fale utrzymując się na deskach, a trójka młodzieńców łowiła ryby.

13

05

Gdy Lilia i Aster powrócili do domku zastali wszystko po staremu. Sąsiad krążył gdzieś wokół domu, tak jakby szukał zajęcia. Irga i Cyprys nadal siedzieli na kanapie trwoniąc swój czas. A pies znów zaczął merdać ogonem i grzecznie poprosił o pieszczoty. Chociaż czas płynął bardzo powoli, to zachód słońca był tuż tuż. Wtem przyszedł sąsiad by oznajmić Lilii i Astrowi, że muszą spać w namiocie, bo nie ma dla nich pokoju.
– Ale jak to? Przecież Penstemonia mówiła, że będziemy spali w pokoju. – zapytał zdziwiony Aster.
– Nie będziecie. Zmieniła zdanie. Namiot albo sobie idźcie. – odpowiedział Berberys wychodząc z domku.

06

Pierwszy poranek zastał włóczykijów przy skromnym śniadaniu oraz grzecznym przywitaniem z sąsiadem. „Dzisiaj zaczynamy z tymi kwiateczkami przy werandzie, młodzieży” – oznajmił pewnym tonem Berberys łypiąc na czwórkę młodych. Czas zaczynał biec szybciej, a słońce silnie tryskało promieniami. „Tutaj wytnijcie wszystkie co do jednego!” – dodał wskazując ręką. A był tam gąszcz małych, białych kwiatków, cwanych chwastów, roślin o długich witkach oraz samotna palma. Między nimi przelatywały dzikie pszczoły. A tych okienka powoli zapełniały się bursztynowym surowcem.

031

Pyłek nie był jeszcze zebrany, a kwiaty machały białymi płatkami. „Hej, przyjaciele!” – chór kwiatków zabrzmiał jednomyślnie. „Czekamy na pszczoły, nasze przyjaciółki, lubimy wspomagać ich wytwórnię miodu”. Nagle rwist! Sąsiad wyrwał z korzeniami pierwszego kwiatka.

„Tak tutaj wytnijcie, to wasze zadanie”. – powiedział i podał Lilii i Astrowi rękawice. Wśród kwiatków nastała wrzawa. Każdy chciałby nagle wyjść z korzeniami i uciec na inne poletko. Jeden z nich prawie wyciągnął się za łodygę, ale nie starczyło mu sił. Nieustępliwa ziemia nie mogła go wypuścić. Próba ucieczki obniżyła morale wśród pozostałych. Lekkomyślne chwasty chciały przekonać kwiatki, że w błocie da się żyć. „Chodźcie, tam się schronimy na zawsze!” – szeptały przekonywająco. Niektóre kwiatki były wyjątkowo naiwne, dlatego posłuchały chwastów. I błoto objęło je, a potem udusiło. Natomiast palma patrzyła, lecz udawała, że nic nie widzi. „Hejże!” – zawołały rośliny o długich witkach – „wchodźcie na nas, tędy uciekniecie!”. Po chwili rubaszne chwasty rzuciły puste spojrzenie roślinom o długich witkach. Wrzawa narastała, a pszczoły przyleciały zobaczyć co tam się działo. Chciały odpowiedzieć na wołanie swoich przyjaciół. Każda z nich miała kilku wśród tej kwietnej wioski. Rwetes narastał i nie było można usłyszeć nikogo z nich. Po dłużej chwili szum był jeszcze większy, a roślinek było coraz mniej.

08

Wtulone w błoto kwiatki były potem wyrzucane ze skarpy na pustynię. Gdy już połowa z nich się tam znalazła Berberys przyniósł diabelską maczetę i zaprosił do pomocy Irgę oraz Cyprysa. Pierwsze zamachnięcie przeszyło powietrze. Wcięło się w jedną z odnóg mocno trzymającego się ziemi chwasta. Astrowi ciężko było opanować zamachy tego narzędzia. Szaleńcze ostrze odczuwało ogromną satysfakcję, że ktoś je znów używa. A z tęsknoty za tym uczuciem aż pordzewiało. Teraz znów mogło się wyszaleć i zdawało się, że tnie ono samo.

Gdy już prawie wszystkie kwiatki i chwasty zostały wykarczowane jedna z dzikich pszczół postanowiła poświęcić się by spróbować uratować ginące na jej oczach przyjaciółki. Wystawiła więc swoje żądło, przymierzyła się do trafienia w cel i zaszarżowała. Celem był rumiany policzek Lilii. I tak zakończyło się przetrzebianie tej niewielkiej roślinnej osady. Zostało po niej wielkie błoto, które z każdym dniem zamieniało się w rozlewiste bagno o nieprzyjemnej woni. Ani Lilia, ani Aster nie mogli zrozumieć dlaczego Penstemonia woli mieć przy domu paskudne bagno zamiast uroczych kwiatków poprzeplatanych innymi pnączami.

Tak jak powiedział Berberys, po dwóch dniach pojawić się miała Penstemonia, i tak się stało. Do tego czasu do chatki zjechali liczni goście. Przybyła ona późno w nocy, wraz z chłopcem i dziewczynką. Mieli na imię Hiacynt i Margaretka. Pani domu nosiła na sobie ciemne ponczo w odcieniach fioletu i zieleni. Miała duży, garbaty nos, lekko spiczaste zęby oraz gęste brwi. Uśmiechała się do wszystkich i sprawiała wrażenie bardzo miłej. Spojrzała z zadowoleniem na nowopowstałe bagienko rozświetlone światłem księżyca. Tajemniczy uśmiech nie schodził jej z ust póki nie odwróciła od niego wzroku.

W czasie gdy wszyscy domownicy kładli się spać swój koncert zaczynały żaby i ropuchy. Tak postanowiły uczcić osiedlenie się na nowym, podmokłym terenie. Największa z ropuch rozpoczynała każdą pieśń. Po chwili reszta, od największych do najmniejszych, przyłączała się do niej. Wszystkie bardzo dobrze znały melodię.

Wraz ze słońcem wstali Lilia i Aster. Penstemonia, gdy tylko ich zobaczyła, przywołała ich do siebie i przedstawiła zadanie tego dnia. Okazało się, że należy posprzątać jej pokój, który od dawna nie był otwierany. Pani domu z wielkiego pęka wydobyła jeden, malutki kluczyk, włożyła go w dziurkę i przekręciła. Mechanizm zamka mocno zagruchotał, a drzwi przeciągliwie zaskrzypiały. Z wnętrza wydobył się kurz wraz z dusznym powietrzem. W pokoju tym na środku stało krzywe łóżko. Na nim leżał stos gazet oraz mnóstwo porozrzucanych ubrań. Obok niego, na szafce, leżała przewrócona butelka wina oraz stał w połowie pełny kieliszek. Po drugiej stronie, na podłodze walały się zakurzone ręczniki. Był tam ogromny rozgardiasz, który uwidocznił się jeszcze bardziej, gdy Penstemonia podniosła ciężkie żaluzje. Następnie wręczyła Lilii miotłę, po czym rzekła „Wysprzątasz tutaj podłogę, a Aster wyniesie wszystkie te rzeczy na stryszek.” Pod deskami tego pokoju mieszkanie miała szczurza rodzinka. Jeden z jej członków był tak ciekawski, że postanowił prześliznąć się przez sękatą dziurę w podłodze. Pani domu chwyciła miotłę i próbowała wykurzyć intruza. On jednak zrobił unik i ugryzł ją w dużego palca u stopy. Pani domu wrzasnęła przeraźliwie i rzuciła miotłą w kierunku uciekającego gryzonia. Niemalże by trafiła, gdyby nie Hiacynt, który słysząc pisk wbiegł do pokoju.

Wielu gości odwiedzało chatkę. Niektórzy z nich zostawali na jedną noc, a inni na dłużej. Jedni przyjeżdżali, a inni odjeżdżali. Pewnego razu było ich tylu, że cały domek się zapełnił i Irga wraz z Cyprysem zostali wygonieni, by też spać w namiocie. Wieczorem Hiacynt i Margaretka rozpalili ognisko, na którym pieczone było mięso dla wszystkich gości. Wszystkich poza tymi, którzy przybyli by pomagać. Zarówno bowiem Lilia oraz Aster, jak i Irga oraz Cyprys nie zostali zaproszeni. Huczna uczta trwała do późnej nocy. Jej gwar przerywał jeden, charakterystyczny śmiech, którego echo dziwnie współgrało z żabimi pieśniami.

17

Miechunka, psina która zawsze cieszyła się na widok Lilii i Astra każdej nocy przychodziła i kładła się obok ich namiotu rozstawionego w małym zagajniku pomiędzy chatką a pustynią. Tak było i tej nocy. Na niebie widać było księżyc w pełni, który świecił wyjątkowo silnie. Wędrowcy nie mogli zapaść w sen, ponieważ żabi chór rozbrzmiewał coraz to mocniej i coraz to niżej. Muzyka, która wydobywała się z ich gardeł wpadała w przerażające tony. A te żaby, które dotąd wtórowały największej ropusze, zaczęły improwizować. Co chwilę słychać było szaleńczy śmiech wśród biesiadników. Zaniepokojony pies, który czuwał przy namiocie zaczął zachowywać się niespokojnie. Warczał, tak jakby pomiędzy drzewami przemykali jacyś nieproszeni goście. Gdy chmury zasłoniły tarczę księżyca wszystko się uspokoiło. I wszystko nagle zapadło w sen.

02

Jak co każdego ranka Lilia i Aster zastali Penstemonię w kuchni. Stał w niej wielki piec oraz solidny, drewniany stół, na którym położony był świeży, pachnący chleb. Co nocy był pieczony, zajmowali się tym Hiacynt i Margaretka. Hiacynt był rosłym chłopcem o pewnym spojrzeniu. Margaretka była od niego o wiele mniejsza i nieśmiała. Całe dnie wykonywali zadania powierzone im przez Penstemonię, ponieważ ta często opuszczała chatkę popołudniami nie mówiąc nikomu dokąd idzie. Jednak zawsze była przy piecyku w porze śniadaniowej. Kroiła chleb i rozkładała go na talerzyki. Wraz z nim podawała także miód oraz konfiturę. Zwracała uwagę, aby każdy z gości dostał jedną kromkę. Gdy gości było więcej niż kromek, chowała resztkę do swojej szafki. Przybysze pomagający pani domu nigdy nie dostali nawet okruszka. Jednak po każdym śniadaniu kazała im myć wszystkie naczynia. Zawsze rzucała niepokojące spojrzenie, gdy któryś z pomocników w trakcie zmywania rozmawiał z gośćmi przebywającymi w kuchni. Gdy zaś ich tam nie było podbiegała i władczym tonem poganiała pomocnych przybyszów. Robiła to w wyjątkowo niewybredny sposób. Szybko strząsając palce otwartej dłoni powodowała, że ich kości wydawały nieprzyjemny odgłos. Był to jej ulubiony gest.

Do częstych obowiązków pomocników należało także czyszczenie pokoi, w których spali goście. Jednak nie wszyscy z nich zostawiali miejsce, w którym nocowali w dobrym stanie. Tak było w przypadku dwóch grubych pań, które po wejściu do swojego pokoju zaczęły zachowywać się jak świnki. Gdy nikt nie widział, przyniosły w wiadrze błoto z bagna koło domu i wlały je do wanny. Taplały się w nim tak mocno i tak długo, że cała łazienka przypominała chlewik. A ich chrumkanie słychać było z parteru. Biedna Lilia dostała jednak jedynie ścierkę oraz wiadro pełne wody by uporać się z grubymi warstwami brudu.

Innym zadaniem w chatce Penstemonii było zamiatanie. Każdego dnia wyciągała ona starą, zniszczoną miotłę zza szafy i wręczała jednemu z pomocników. Pewnego razu padło na Astra. Chłopak ten chciał dokładnie wymieść podłogę pełną igliwia, piachu oraz okruchów. W przestrzennym pokoju gościnnym stało bardzo dużo mebli. Sprawiało to, że trzeba było każdy z nich odsuwać, by dotrzeć do zakamarków. Gdy gospodyni zobaczyła jak Aster to robi, nagle wpadła w dziwny stan. Wyrwała mu z rąk miotłę i zaczęła bardzo szybko i bardzo niestarannie omiatać przestrzeń. „Patrz jak należy władać miotłą!!!” – krzyknęła energicznie. Niektóre meble tak przestraszyły się ponownego zakurzenia, że same odsunęły się od Penstemonii. Dywan zaczął sam się zwijać, jak gdyby coś odepchnęło go od pani domu. Kanapa zaczęła podnosić kapę, którą była przykryta – tak jakby się krztusiła. Natomiast krzesła wokół stołu drżały i niepewnie przystawiały się do stołu. Gdy skończyła zamiatać spojrzała przeszywającym wzrokiem na Astra i odchodząc rzuciła „Tam, skąd przybyłeś, nie wiedzą jak się posługiwać miotłą!”.

07

Lilia i Aster zaczęli zastanawiać się czy w domku, w którym się znaleźli nie dzieją się czasem dziwne rzeczy. Cały czas mieli wrażenie, że chatka ta powoli zmienia swoje oblicze, a goście, którzy ją odwiedzają jak gdyby oczarowani nie zauważają tego, co widzą oni. Tego samego dnia udali się po raz kolejny nad ocean. Miechunka odprowadziła ich do końca pustyni.

23

Wietrzna pogoda sprawiała, że woda rozpoczynała swój taniec od samego horyzontu i kończyła go na samym brzegu. Na plaży nieopodal miasteczka z piachu wystawał wrak kutra rybackiego. Jego ułożenie pozwalało na skrycie się przed wiatrem. Promienie słoneczne odbijały się od złocistego piachu i wpadały przez dziury w pordzewiałym statku.

15

Wędrowcy zastanawiali się dlaczego znalazł się tak daleko od brzegu i jak wielki sztorm to spowodował. Zaczęło się już ściemniać, a zmęczenie dopadło także Lilię i Astra. Postanowili więc wrócić do chatki.

16

Wybrali drogę przez pustynię. Ciemnozielone krzewy, które ją porastały pokrył mrok. Ciężko było odróżnić jedne od drugich, a dobrze znana ścieżka wiła się jakby w inny sposób. Pustynna roślinność zaczęła płatać figle. Taniec krzewów uniemożliwił dostrzeżenie chatki. Nagle spośród wydm wybiegła Miechunka szczekając wesoło. Wyczuła, że zbliżają się jej ulubieńcy, więc postanowiła wskazać im drogę do domku.

11

Gdy Lilia i Aster z pomocą przyjacielskiego pieska dotarli do chatki zastali ją pełną gości, którzy pomimo późnej pory rozmawiali, gotowali, jedli i pili. Byli tam przybysze ze wszystkich stron świata – Europy, Afryki czy odległej Australii. Chętnie ucztowali i nie stronili od towarzystwa. Domek ten był przystanią dla podróżników, którzy zmierzali w rozmaite strony. Niektórzy z nich zostawali tylko na jedną noc, a inni na kilka dni. Na Lilię i Astra również oczekiwała wieczerza. Po tym, jak ją przyrządzili usiedli do wspólnego stołu z gośćmi. Każdy z nich bardziej skupiał się na rozmowie, aniżeli na tym, co ma na talerzu. Pochłaniała ona bowiem bardziej niż apetyt. Lilii i Astrowi bardzo spodobało się to, że domek żyje dzięki ludziom, którzy zatrzymują się na chwilę i wykorzystują ją by dzielić się z innymi doświadczeniami.

Pewnego razu przy stole tym był pan i pani z argentyńskich gór. Przybyli do chatki wraz z córeczką by wspólnie odpocząć zażywając oceanicznej bryzy. Tak bardzo polubili Lilię i Astra, że zaprosili ich do odwiedzenia ich, gdy będą w pobliżu ich domu. A za każdym razem gdy nadarzała się okazja – prowadzili bardzo długie i ciekawe rozmowy wraz z Lilią i Astrem. Penstemonii się to nie podobało, ponieważ sama nie potrafiła tak zainteresować gości dyskusją. Tak bardzo ją to zdenerwowało, że raz nie wytrzymała i rzuciła na przybyszów siedzących przy stole zaklęcie. Dzięki niemu udało jej się przerwać toczącą się rozmowę i zwrócić uwagę rozmówców tylko na sobie. Nikt nie mógł od niej oderwać ani oczu, ani uszu. Poza Lilią i Astrem, którzy szybko wymknęli się z pokoju.

21

Nazajutrz w domku nie było już Irgi i Cyprysa. Wyjechali bez pożegnania bardzo wczesnym rankiem. Gdy Lilia i Aster zapytali Penstemonię czy już nie wrócą, a ta odrzekła, że nie. Przyczyna pozostała zagadką. Gospodyni zauważyła, że Lilia i Aster są odporni na jej czary. Spostrzegła także, że tylko oni wiedzą, że w jej chatce dzieją się dziwne rzeczy. Z każdym dniem coraz bardziej przypominała wiedźmę. Odtąd bowiem zaczęła rzucać w stronę Lilii i Astra złowrogie spojrzenia, które przed gośćmi maskowała. Coraz częściej poganiała swoim niemiłym gestem, pomimo, że dwójka pomocników wcale się nie obijała. Nieustannie znajdywała też problemy tam, gdzie ich nie było. Jej lico pomału zapełniało się ropuszymi krostami, a zęby zaczęły przypominać gadzie. Lilia i Aster z początku myśleli, że to tylko złudzenie, póki nie zobaczyli jej odbicia w lustrze. Przeraziło ich ono tak bardzo, że zaczęli unikać spotkań z Penstemonią.

20

Kolejna wyprawa pozwoliła im znaleźć barwne schody. Kamienista plaża, z której wspięli się po nich na szczyt różniła się od innych. Wysokie fale bowiem z ogromną siłą uderzały o głazy. Schodami dotarli do drogi, na której nie było nikogo. Tylko kilka okolicznych piesków leżało nabierając sił po upalnym dniu.

19
18

22

Hiacynt i Margaretka zupełnie nie wiedzieli z kim tak naprawdę mieszkają. Dawno temu trafili do domku, gdy zabłądzili na pustyni. Osiedli już w nim na stałe, od tego czasu bowiem otrzymywali schronienie i jedzenie. Toteż nigdy nie odważyli się podważać zdania Penstemonii. Pewnego razu pani domu wykorzystała okazję gdy w domku nie było gości i próbowała wyprosić Lilię i Astra. Ci jednak codziennie wypełniali wszystkie powierzone im obowiązki, często pracując w pełnym słońcu. Gospodyni natomiast zupełnie nie doceniała pomocy, którą od nich codziennie otrzymywała. Kazała im czym prędzej się wynosić, tak jakby nie byli już dłużej mile widziani. Być może bała się, że wyjdą na jaw jej czary? Hiacynt i Margaretka milczeli w obawie przed gniewem Penstemonii, choć czuli, że ta postępuje niesprawiedliwie.

Następnego dnia Lilia i Aster spakowali wszystkie swoje rzeczy do plecaków. Poczuli jednak ogromny głód i chcieli napełnić żołądki przed długą podróżą. Gdy jedzenie było już prawie gotowe zza pieca wyłoniła się Penstemonia i z gniewem w głosie zapytała: „Co wy tu jeszcze robicie?! Przecież mówiłam wam, że ma was tu nie być do południa!”, po czym obróciła się na pięcie i odeszła. Drzwi same się za nią zatrzasnęły, a wskazówki zegara na chwilę zatrzymały się wskazując godzinę trzynastą trzynaście.

Niełatwo spotkać w życiu prawdziwą wiedźmę. Nikt nie wie czy ta znad Atlantyku będzie żyła długo. Wszyscy jednak wiedzą, że nie będzie żyła szczęśliwie. Niechaj ta bajka będzie ostrzeżeniem dla wszystkich podróżnych odwiedzających te strony, bowiem Penstemonia nadal czai się w swojej dziwnej chatce na ochoczych pomocników. Jej złowrogie czary tylko nielicznych nie zdołają usidlić, a wielu nie zdąży mrugnąć okiem, gdy to się stanie.

A morał z tego taki: miej dom i serce otwarte dla tych, którzy Cię odwiedzają, a nikt z nich nie napisze o Tobie bajki. W każdej bajce istotnie tkwi ziarno prawdy, a to było gorzkie. A co naprawdę stało się w domku nad oceanem – tego możecie się tylko domyślać…

 

Reklamy

One thought on “bajka o księżycowym domku

  1. Pingback: górski kocioł | na szagø

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s