dziwne święta

Jutro wigilia. Ale jak to, już? Ano już. W powietrzu jednak nie czuć ani trochę atmosfery świąt, do jakich przywykliśmy. Żelazne prawa południowej półkuli płatają psikusa naszym dotąd oczywistym przyzwyczajeniom. Co ciekawe – spędzanie tych świąt w sposób zbliżony do oryginalnego (czyli europejskiego) nawet dla lokalnych zdaje się nieco nie na miejscu. Lato pasuje do tych świąt jak pięść do nosa.

28

Stół wigilijny niezbyt przypomina to, co zastać można w polskich domach. Tutaj głównym daniem jest asado. Tony pieczonej na ogniu wołowiny stanowią danie główne. Do znudzenia. Do tego serwuje się rozmaite przystawki, ale nie traktuje się ich pełnoprawnie. Są to między innymi przypominające pierogi, empanadas. Nie uświadczysz jednak w ich wnętrzu ani kapusty, ani grzybów. Wypełnia je bowiem – dla odmiany – wołowina. W dwóch wariantach: na słono – z jajkiem i cebulą; na słodko – z rodzynkami i cukrem bądź miodem. Czasem ładuje się do nich szynkę z serem albo kurczaka. Jarskość nie dotyczy wigilii, jarskość to tutaj rzadkość. Tutejsza tradycja nie wymaga też abstynencji tego dnia. Półki sklepowe na dwa tygodnie przed świętami wypełniają się cydrem w półtoralitrowych butelkach, którego cena jest niewiele większa od ceny wody.

02

Święta można tutaj spędzić na różne sposoby. Na przykład na campingu. Niewiele różni się to od typowego weekendu majowego nad Wisłą. Zamiast disco polo leci cumbia. Zamiast karkówki na ruszcie leży stek wołowy. Piwo pite jest tak samo, przez cały dzień. Coby się schłodzić. Oprócz tego popija się także yerbę. Do samochodów dostawiane są rozmaite konstrukcje z różnorakich zasłon, kap i wiat. Organizuje się kuchnię, jadalnię i sypialnię. Brakuje choinki, ale zadowolonym wczasowiczom jest ona niepotrzebna. W takim miejscu rozpoczęliśmy wigilijny poranek od kąpieli w Rio de la Plata o wschodzie słońca.

01

Ta szeroka i płytka rzeka nie pozostawiała żadnych przeszkód ku horyzontowi. Nic poza wodą na linii między brzegiem a naszą, właśnie wyglądającą zza wód, pomarańczowo-różową gwiazdą. Promienie słoneczne dotarłszy do mieszkańców drzew rozbudziły w nich chęć śpiewu – ptasia symfonia uroczyście zainaugurowała rozpoczynający się dzień. Róż tafli zapewniała baśniowe tło. Ludzie natomiast w większości spali zostawiwszy po sobie ogryzione kości z poprzedniej nocy, a po okolicy wałęsały się bezpańskie psy szukające śniadania.

03

Receptą na udane święta w domu jest natomiast zagospodarowanie podwórza, rozpalenie rusztu i zaczepianie wszystkich znajomych, którzy przechodzą obok domu. Tak święta wyglądały w Rosario. Kilka godzin wcześniej, gdy dotarliśmy do tego miasteczka, jego mieszkańcy robili ostatnie zakupy i szukali promocji. Przecież stoły muszą uginać się pod ciężarem żarcia. Padło na tę dziurę, że mamy w niej spędzić dwie świąteczne noce. Była to najtańsza opcja, jaką znaleźliśmy w internecie. Couchsurfing czy helpX niestety raczej nie działają w święta. Niechybnie rzucamy się w oczy z całym naszym domem na ramionach. Kluczymy między alejami i mijamy kolejne kwadraty budynków z odpadłą farbą.

05

W końcu trafiamy na główną ulicę przebiegającą obok skweru oraz restauracji, której właściciel wynajął nam pokój. Nasze wejście do jej wnętrza zwiastuje dźwięk dzwonka uderzonego przez drzwi. Kelnerko-barmanka wygląda zza lady i woła szefa. Z kuchni niespiesznie wyłania się jego postać. Człowiek ten sprawia wrażenie dopiero co powstałego z trumny nieboszczyka. Stąpa wyjątkowo powolnie, rzuca nam sztywne spojrzenie. Patrzy na nas z miną pozbawioną wyrazu. Jego niewyraźny i wyjątkowo rozciągliwy tok mowy nie pozwala zrozumieć prawie żadnego słowa, które wypowiada. Co więcej – nie pozwala nawet na oddzielenie słów od siebie. Nieudolnie się witamy i po uiszczeniu opłaty dostajemy klucz.

18

Wiemy co i jak. Trafiliśmy w samo ciemne jądro tej zapadłej mieściny, którą jednak śnięty restaurator dumnie określił w internecie jako „turystyczną” i „orientalną”. Turystów nie ma. Orientu niewiele. Przyciągnąć może tu rzeka oraz sztuka uliczna – ale nie na długo. Chcieliśmy zobaczyć Urugwaj od środka. Nie trzymać się tego, co w przewodnikach… to mamy! I jesteśmy zaskoczeni różnicą. Wszystko jest tu mniej lub bardziej zaniedbane. Podobnie nasze lokum. W wynajmowanym przez nas pokoju na podłodze leży gruz odpadły ze ściany, a łazienka wygląda jakby używana była ostatnio pół roku temu. Jest kuchnia, lecz bez sprawnej kuchenki i lodówki – smutno. Dotychczasowe plany co do wieczerzy zamieniają się więc w kombinatorstwo z gotowaniem na kucheneczce alkoholowej oraz zaopatrzeniem wanny. Po chwili pływają w niej już nasze „karpie” – to jest dwa kartony wina oraz trzy cydry. Chłodzą się tak jak mogą. Nasza wigilijna uczta jak najbardziej w klimacie – są pierogi, czyli empanadas i jest świeczka. Zamiast reszty dań jedno – gnocchi z ciecierzycą i sosem pomidorowym. A na deser maślane ciasteczka. Obrusu, ni sianka nie uświadczysz.

04

Pomimo wszystkich niedociągnięć przyszło nam dziękować niebiosom, że mamy dach nad głową. Te bowiem pierwszego dnia świąt zakryła gigantyczna szara chmura, z której leciało ciurkiem niemalże przez całą dobę.

17
19

Bure firanki w ciemnym, przepastnym korytarzu zachęcane przeciągiem tańczyły wolny taniec. Światło jarzeniowe w wynajętych przez nas czterech kątach silnie rozświetlało ściany. Za jedną z nich – tą z ubytkami – w zamkniętej tego dnia restauracji, jej właściciel wraz z rodziną spędzali swoje święta. Zza ściany leci wyświechtany „Jingle Bells”, a potem cała reszta wesołego repertuaru. Piosenka o dzwonkach brzmiała wyjątkowo głupkowato tego dnia. My jednakże mieliśmy swoją listę muzyczną, wkomponowującą się bardziej w tę deszczową, nostalgiczną atmosferę. Uwięzieni w tym obskurnym pokoju spędziliśmy najdziwniejszą wieczerzę wigilijną naszego życia.

07

Rosario to kolejna prowincja typowa dla Urugwaju, nie do odróżnienia od przeciętnego kujawskiego miasteczka. Niemniej znacznie wyróżniają ją na tle innych historyczne murale, którymi upstrzone są liczne budynki. Wiele z tych malowideł zostało odrestaurowanych. Większość nie zachwyca jednakże swoim poziomem artystycznym, niektóre wprost śmieszą, a kilka pozwala zawiesić na sobie oko.

Jeden z murali przedstawia niedziałający już bar, który w czasach swojej świetności, czyli przez ponad 50 lat, działał całą dobę i stanowił miejsce spotkań rosariańskiej bohemy, przystań dla podróżników, a także centrum nocnego życia.

09
08
„Gdzie pije Adán, piją wszyscy
Gdzie płaci Adán, płacą wszyscy”

Nie tylko te obrazki, lecz także ogólny stan całej miejscowości podsuwa refleksję, że lata świetności minęły i już nigdy nie powrócą.

Popularną grą karcianą zarówno w Urugwaju, jak i w Argentynie jest „Truco”. By wygrać należy oszukiwać. Jeden z murów został poświęcony nie tylko grze, lecz także graczom – prawdopodobnie lokalnym mistrzom tej nieuczciwej zabawy.
36

„Życiową sztuczką… jest gra”

Możemy napotkać także murale reklamowe sprzed lat, których hasła ujmują swoją tendencyjnością:

41

„I powiedział Celano: chociaż nie jestem czarodziejem – co przyniesiesz, to zrobię.
Prędzej czy później twoim krawcem będzie Celano”

13

„Jeśli chcesz tego, czego chce ona, ubieraj się z… Lesci Vera”

11

„Moja mama używa mydła Colla, które myje i nie niszczy.” / „Tworzy, nie imituje…”

Na ulicach Rosario napotkać można także cytaty:

15

„Inteligencja karmi się pytaniami, a nie odpowiedziami.”

14

„Pycha jest złym nasieniem, które zatruwa cały ogród…”

Jeden z ulicznych malunków poświęcony został artyście nizin społecznych:

12

Niektóre z murali są czystą fantazją:

16

10

To, co dzieje się na urugwajskich peryferiach całkowicie odmienne jest od tego co można zobaczyć w strefie turystycznej jaką jest wybrzeże. Miasta wyglądają jakby nikomu na nich nie zależało, drogi przez większość czasu są puste, a ceny… ceny niestety nadal pozostają wysokie. Porównując je z poziomem życia niektórych mieszkańców Urugwaju doznać można szoku. Dobrobyt nie jest tu współmierny kosztom życia. Ubogie zakątki Urugwaju wyłaniają się w każdej miejscowości poza tymi, które są przeznaczone dla turystów. Trafić można na całe osiedla zamieszkałe przez ubogich. W takiej okolicy natrafiliśmy na barokowo wystrojony domek – przed nim królewna śnieżka wraz z krasnoludkami wyczekują Świętego Mikołaja obok choinki.

20

Wydostajemy się z Rosario przekraczając most i wspinając się pod górę. Przez ponad godzinę łapiemy stopa w towarzystwie konia po drugiej stronie drogi. Ten nie w ogóle przejmuje się naszą niedolą i spokojnie żre trawę. Wyjątkowo niepopularna droga – raz na dziesięć minut przejeżdża tu coś, na domiar złego – w większości są to autobusy albo skutery. Trzeba być cierpliwym jeśli chce się mieć szczęście. Ostatecznie z jedną przesiadką docieramy tego samego dnia do Trinidad.

22

Noc w miejskim parku to zdecydowanie najlepsze co można zrobić w Urugwaju lądując wieczorną porą z namiotem w jakiejkolwiek miejscowości (poza czołówką największych). Nikt nie ma nic przeciwko, nie trzeba za to płacić, a w pakiecie ma się przeważnie dostęp do łazienki i prądu. Co więcej, wszechogarniający swojski klimat przekreśla obawy o byciu okradzionym. Przy zachowaniu podstawowych reguł bezpieczeństwa, rzecz jasna. Jedyne z czym trzeba się liczyć to popularny wśród junaków powtarzający się motyw wożenia się samochodami z głośną muzyką. To jednak, po kilkunastu minutach w namiocie, potrafi nawet uśpić.

Zwinąwszy nasze mini-obozowisko udajemy się w stronę centrum by zjeść śniadanie. Klucząc w poszukiwaniu dobrej opcji na jednym ze skrzyżowań natrafiamy na trójkę dziewczynek ze stolikiem pełnym pierdół. W atrakcyjnej cenie można tu zakupić np. gumki do włosów, piórnik lub plastikowego banana.

24

Tak, uliczny biznes i to na całego. Jedna z nich skrupulatnie przelicza dotychczasowy dochód, druga upewnia się, że wszystkie rzeczy na sprzedaż są dobrze ustawione, a trzecia uśmiecha się od ucha do ucha próbując skruszyć serca przechodniów i tym samym nabyć klientów.

Wieczorem zajmujemy ławkę na głównym skwerze, który tętni życiem. Wszystkie ławki oraz murki zajęte są przez młodzież. Tutejsza moda nakazuje nosić czapkę tyłem do przodu – jest to podstawowy atrybut każdego wyrostka chcącego wyglądać na czasie. Jest to o tyle zabawne, że na skutek tego wszyscy wyglądają niemalże identycznie. Pomimo tego, że picie piwka poza domem nie jest tu karane – większość z nich nie jest tym zainteresowana. Obowiązkowym sprzętem jest termos i mate – zewsząd słychać siorbanie, a wokół grupek unoszą się chmurki o słodkim zapachu. Tak, rolę alkoholu spełnia marihuana. Jej palenie także nie jest tutaj zakazane.

38

Naszą uwagę przyciąga ekspozycja towaru w napotkanym po drodze warzywniaku. Wszystkie warzywa i owoce lśnią i smacznie spoczywają na swoich miejscach czekając na klientów.

25

Na wejściu wesoło wita nas ciemnowłosa sprzedawczyni. Zgarniamy arbuza i śpieszymy by udać się do wagi, zapłacić i wyjść. Ona jednakże podbiega by nas obsłużyć, niegrzecznie wyręczając innego pracownika, po czym nie pozwala sobie zapłacić za nasze zakupy. Twierdzi, że to prezent. Pyta skąd jesteśmy. Gdy się dowiaduje jej szczęka gwałtownie opada. Co najmniej jakby zobaczyła wyskakującego ze skrzyni ananasa robiącego w powietrzu potrójne salto albo banany tańczące tango i grające w karty. Rozdziabia żuchwę tak szeroko, że moglibyśmy od ręki wystawić jej amatorską diagnozę stanu jej uzębienia. Jej brwi unoszą się w szczerym zdziwieniu, tak, że czoło zakrywa się zmarszczkami. Czujemy się nieswojo, zwłaszcza, że po chwili cały warzywniak niepewnie skupia na nas swoje spojrzenia. Może pomyliła nas z jakimiś celebrytami?

29

Camila okazała się być szefową tegoż sklepiku. Nieziemsko pomocną i gościnną. Zaproponowała nam nocleg w swoim domu. O godzinie 22 kończyła pracę. Zabrała nas ze sobą, uraczyliśmy się rumem i winem. Dowiedzieliśmy się jak wygląda życie w Urugwaju z perspektywy osoby prowadzącej interes. Sprawa nie jest prosta – duże koszta pracy oraz przepisy nakazujące dystrybucję wszystkich towarów poprzez stolicę zwiększają ilość wydatków i pośrednio wpływają na wyższe ceny. Da się żyć, zwłaszcza jeśli potrafi się być konkurencyjnym. Jej wychodzi to świetnie, bo drugiego takiego warzywniaka w Tridnidad nie uświadczysz. Jest mnóstwo promocji (im więcej kilo kupisz – tym taniej), jest oznaczenie cen za kilogram przy każdym warzywie i owocu (to nie jest norma!), jest też miła obsługa, a wszystko można dotykać i wybierać własnymi rękoma (nie da się więc wciskać gorszego sortu zza lady). Łebska kobieta. Nazajutrz zostawia nam klucz i każe przynieść onego do swojej pracy. Tym razem to my wprawieni w osłupienie rozdziabiamy nasze szczęki. Camila załatwiła nam stopa! Jej klienci właśnie kupują zapas witamin i udają się wprost nad jezioro Andresito – tam gdzie zamierzamy przywitać nowy rok. Mają pickupa, więc mogą bez problemu wziąć nas na pakę.

Wiatr targa naszymi włosami. Machamy kierowcy autobusu, który jedzie za nami. A wokół nas jak zwykle równiny pełne rogatego bydła. W końcu docieramy. Zsiadamy z paki, wyjmujemy z niej nasze plecaki. Na wprost ogromne jezioro, a nad nim kilka samochodów i niewiele więcej namiotów. Skupiska ludzkie szczelnie wypełniają niektóre z zacienionych partii terenu. Jest ich jednak wiele i znajdujemy swoją przestrzeń.

30

Kawałek dalej zagrodzone pole wzbudza nasze zainteresowanie. Wygląda na idealne miejsce na rozbicie się i spędzenie tych tych kilku dni. Niestety natrafiamy na pełną pretensji tabliczkę grożącą licznymi karami za wejście. Pani na leżaku, jeszcze po nieogrodzonej stronie mówi nam, że to kurort dla policjantów i tychże powinowatych. Co za niesprawiedliwość. Dawać taki cudowny kawałek lądu tym siepaczom. Czemu? Widocznie tak się wynagradza bezmyślną lojalność. Po nieuprzywilejowanej stronie całe szczęście znajdujemy zacieniony fragment trawy, który zawłaszczamy. Przybyliśmy tuż przed zalewem. Następnego dnia wybrzeże jeziora zapełnia się ludźmi zainteresowanymi spędzeniem tu ostatnich dni roku. Policyjne pole jednakże nadal pozostaje puste…

I zaczyna się – co jeden, to lepszy – wyciągają swoje płyty cumbio-polo. Z czasem etapowo podkręcają głośność by pokazać sąsiadom, że bawią się lepiej. Myślimy o ucieczce – przynajmniej na chwilkę. Wyruszamy więc z dala od tego imprezowiska by ujrzeć ogrom jeziora. Na nim znajduje się wyspa, na którą dostać można się z dwóch stron poprzez dwa mosty połączone jedną drogą.

35

Jeden z nich znajduje się tuż przy miejscu, w którym zakoczowaliśmy. Przekraczamy go, choć słońce doprowadza zawartość naszych czaszek do wrzenia. Tym samym docieramy na wyspę. Stanowi ona rezerwat przyrody. Niestety zupełnie nieudany w częściach zagospodarowanych z myślą o odwiedzających. Duża jego część jest bowiem pogrodzona płotami, a najciekawsze jej kawałki zostały przed nimi skryte.

34

33

Nam udaje się znaleźć jedną z dzikich plaż po drugiej stronie wyspy. Wodorosty witają nasze stopy. Wierzchnia część wody, nagrzewana słońcem od samego wschodu, nie sprzyja zbytnio orzeźwieniu. Postanowiliśmy więc zanurkować i ku naszemu zdumieniu przy dnie przepływały lodowato zimne prądy. Zupełnie jakby ktoś zatopił w tym miejscu dostawę wodoodpornych zamrażarek napędzanych na wodę.

32

31

Nad jeziorem nie odpalono ani jednej fajerwerki. Ludzie zadowolili się ogniskami, na których piekli złowione tego dnia ryby. Zadało to znacznie więcej klimatu. My wokół błękitnego płomienia buchającego z naszej nieśmiertelnej kuchenki alkoholowej kończyliśmy nasze zapasy puszek i kuskusu. Pierwszego dnia roku próbowaliśmy wydostać się znad Andresito. Okazało się to dość skomplikowane – a my głupi tego nie przewidzieliśmy. Pierwszy stycznia to wszak dzień kaca. Kierowcy chyba nie mają humorku. Po dwóch godzinach uratował nas facet, któremu go nie brakowało. Cieszył się, że mógł przywitać nowy rok dobrym uczynkiem.

40

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s