w środku niczego

No to hop, skaczemy po mapie, tym razem kierując się na wylotówkę z Urugwaju. Żeby nie wracać tą samą drogą objeżdżamy jezioro Andresito od północnej strony. Pierw zahaczamy o miejscowość Young. Nazwę tę wypowiada się jako „Siun” – brzmi komicznie. Wcale nie wygląda na młodą. Jest dziurą z dziurawymi drogami, ale jakże uroczą!

Mieścina szczyci się historyczną koleją parową. To już przeszłość – lecz tory pozostały. Wzdłuż nich przez od jednego do drugiego końca tej mieściny ciągnie się aleja drzew.

08

Przy trakcie kolejowym stoi ogromny pordzewiały blaszak z wzbudzającymi u nas bezwarunkowy uśmiech malunkami. Chwalą się swoją pracowitością. Kult pracy na całego. Ewidentnie tutaj pracują najlepiej i najciężej. Spójrzcie tylko na te przejęte swoją rolą miny!

0910

Ludzie nie widzieli tu turystów od wieków – co rusz ktoś zaczepia nas i pyta co tu robimy. W supermarkecie pan w średnim wieku uśmiecha się do nas pozwalając swojemu srebrnemu zębowi wydobyć połysk. Jego córka nie miała na tyle odwagi by spytać nas kto zacz. Kierujemy się w stronę Fray Bentos, przygranicznej miejscowości. Na środku drogi, którą idziemy galopuje biały ogier. Tak jakby po prostu wybrał się na przebieżkę ulicami Young.

11

Nikogo to specjalnie nie dziwi. Bo i nie stwarza żadnego niebezpieczeństwa na drodze. Samochody przejeżdżają tu bardzo rzadko, a jak jeżdżą, to bardzo wolno. Po chwili widzimy faceta na skuterze, który nerwowo rozgląda się za swoim parzystokopytnym uciekinierem. Skręca za nim w pomniejszą ulicę i po chwili wyjeżdża z następnej ciągnąc za sobą konia na sznurze.

Stop ma się coraz gorzej, im dalej wypuszczamy się w urugwajskie prowincje. Pomimo tego, że co dziesięć minut mija nas ciężarówka załadowana drewnem, pobijamy nasz rekord wyczekiwania na łaskawcę, który zechciałby nas podwieźć. Cztery godziny! W trakcie tego czasu nawiedza nas hałaśliwa burza w towarzystwie oberwanej chmury. Schronienie zapewnia nam daszek przy biurze firmy spedycyjnej. Powrót do dworca autobusowego zabrałby nam czterdzieści minut. Nie poddajemy się więc i gdy deszcz lżeje wychodzimy znów na drogę, z której zgarniają nas mili państwo w swoim wysłużonym pickupie. Przez cały samochód pociągnięta jest jakaś linka, której jeden koniec przymocowany jest do uchwytu nad drzwiami, a drugi do skrzyni biegów. Chyba nieco wysłużonej. Nasz autorski przegląd techniczny wskazuje, że wszystko śmiga dobrze. Samochód może i powolutku, ale jedzie. I tak uciekliśmy wrednej pogodzie.

Wkrótce wyprzedzamy ociężałe chmury i docieramy do pogodnego Fray Bentos. Tam odbiera nas gość mówiący co prawda po hiszpańsku, lecz z tak silnym francuskim akcentem, że jego mowa przypomina bardziej jakiś dziwaczny okołofrancuski dialekt. Mieliśmy pracować dla niego wolontaryjnie, jednakże jego skomplikowana sytuacja rodzinna to uniemożliwiła, o czym dowiedzieliśmy się trzy dni przed przybyciem. On jednak oferuje nam lokum na dwie noce i tym samym ratuje nam tyłki.

Czas ten przyszło nam przetrwać w domku nad brzegiem rzeki Urugwaj. Co prawda widać jej drugi brzeg, na którym zaczyna się Argentyna, to jednak jest to tylko cienki pas zieleni na horyzoncie. Mówią nam, że da się przepłynąć, ale trzeba się liczyć albo z szybkim powrotem albo ze spotkaniem ze smutnymi panami, którzy oczekują tłumaczeń, że nie jest się przestępcą. Nie tylko ta okoliczność, lecz także silny prąd w rzece zniechęcił nas do takiej eskapady. Poprzestaliśmy na kąpieli po naszej stronie.

Nazajutrz nadciągają one! Złowieszcze chmury nie dają za wygraną i nas doganiają. Przez całą dobę sączą gęste krople i wstrząsają ziemią rażąc ją piorunami. Co za fuks. Sinusoida znów u swego szczytu.

12

Nie sposób jednakże wyobrazić sobie lepszej scenerii nad tą ogromną rzeką od tej, jaką tego dnia uświadczyliśmy. Rozszalałe błyskawice rażąc taflę wody groźnie rozbrzmiewały spiętrzonym echem. Powietrze zgęstniało na tyle, że przestrzeń obserwowało się jak przez ciemnoniebieskie szkła. Nie było już widać drugiego końca rzeki.

Kolejnego dnia wieczorem przepogodziło się i zmieniła ona swoje oblicze całkowicie – tym razem przybrała idylliczne odcienie. Korzystamy z tego i wypuszczamy się by odwiedzić Fray Bentos. Wzdłuż rzeki ciągną się pastwiska pełne koni. Mijamy je. Nie są jednakże odgrodzone, więc konie przechadzają się gdzie im się żywnie podoba.

15

W mieście dostrzec można nieco bardziej wzmożoną ruchliwość. Pomimo tego wszystko dzieje się tu powolutku. Spokój to wizytówka tego kraju, nawet w tranzytowej mieścinie. Jest tu historyczny port, typowy kolonialny placyk w centrum i mnóstwo domków pamiętających inne czasy.

13

14

Wyjeżdżamy na dobre z dziwnego kraju Urugwaju. Docieramy do granicy, na której znudzony facet w sztywnym stroju przybija nam pieczątkę w paszportach i puszcza nasze plecaki przez tajemnicą maszynę. Robi to tylko chyba dla picu, bo przez większość prześwietlenia nie patrzy nawet na ekran pokazujący co w nich mamy. Rutyna. Zupełnie nie interesuje go też co mamy w kieszeniach. Naprawdę moglibyśmy przemycić niejedno cacko, gdybyśmy tylko wiedzieli, że to takie banalne.

Nasz kolejny punkt postoju znajduje się gdzieś daleko w polu. To wiemy. Wiemy też, że wpierw należy dostać się do wioski, nieco większej wioski. Potem należy podążać piętnaście kilometrów by znaleźć bramę z odpowiednim napisem pomiędzy dwoma pomniejszymi wioseczkami. Stamtąd już tylko trzy kilometry między polami. Tutejszy klimat jest idealny dla wylęgarni małych krwiopijców. Nasze kroki i wydzielający się z nas dwutlenek węgla pobudza ich do ich niegodziwej pracy. Wkrótce hordy większych niż znane nam w Europie komatów pikują wokół nas i szukają okazji do perfekcyjnego nakłucia. Pytanie czy to mini-tortura czy jakiś homeopatyczny zabieg? Zależy od punktu widzenia – z perspektywy czasu można powiedzieć, że była to stuprocentowo naturalna akupunktura wraz z transfuzją krwi.

01

Gdy trzeba dotrzeć w takie miejsca należy pytać o drogę. Będąc jeszcze we wiosze widzimy jak na skrzyżowaniu zatrzymuje się szrocik, któremu gaśnie silnik. W środku siedzi dziadek w szykownym berecie, który usiłując odpalić maszynę jednocześnie rozgląda się czy jest ktoś, komu miałby ustąpić pierwszeństwa. W tym momencie pukamy w okienko i pytamy czy wie, gdzie jest wylot w pożądanym przez nas kierunku. On każe wsiąść do siebie i opowiadając nam historie z przeszłości zatacza łuk po mieścinie i wypuszcza nas na jej skraju. Tam łapiemy kolejną okazję i wysiadamy tam, gdzie mamy wysiąść.

18

Gdy bolesna przeprawa pośród pól dobiega końca napotykamy zagrodę. To musi być tu. Na wejściu wita nas odźwierny. Przeklęty koń, który gryzie, gdy tylko próbujemy go sobie zjednać głaskaniem po głowie. Żadne hasło nie działa. Wkrótce dokuczanie nudzi mu się i odchodzi. Zdajemy sobie sprawę, że znaleźliśmy się pośród równin niemalże pozbawionych drzew i zajętych przez bydło. W środku niczego. Z dala od odgłosów cywilizacji, na wzgórzu umiejscowiona jest ogromna stodoła, w której wyczekuje na nas jej gospodarz. Jak się okazuje została świetnie zaadoptowana do mieszkania. Wewnątrz niezbyt przypomina stodołę. Przestrzenny salon, kuchnia, łazienka, pokoje oraz piętro, które zamieszkuje właściciel. Niemalże wszystkie ściany noszą znamiona gości, którzy pozostawili po sobie malunki i napisy. W większości dość tendencyjne. Przy części mieszkalnej znajduje się także składowisko narzędzi i innych pierdół oraz dużych ilości drewna. Na zewnątrz symbol każdego rancho – wiatrak pompujący wodę spod ziemi, a tuż obok betonowy basen. Podwórze otoczone jest z każdej strony wielkim pastwiskiem, oddanym do dyspozycji parzystokopym. Zazwyczaj nikt się o nie nie troszczy – póki woda dopływa do ich korytka.

21

To kolejne miejsce, w którym podjęliśmy się pracy za wikt i opierunek. Przez kilkanaście dni udało nam się – na początku we dwójkę – naprawić płot elektryczny (wszystko przez byka, który wkradał się do ogrodu by podjadać warzywa), wyczyścić basen i rozpocząć przesadzanie małych drzewek, którymi ich matka obsiała trawnik wokół siebie. Wkrótce przybyła para zdystansowanych Anglików oraz nieco zagubiona Francuska. Z ich pomocą kontynuowaliśmy wysadzanie tychże drzewek z ziemi i zapewnianie im tymczasowej przestrzeni rozrostowej.

03

Równinny teren jest przyjacielem wiatru, który może nań nieźle się rozhulać. Pewnego razu rozbisurmaniona wichura zarwała konstrukcję sufitu w największym z pokoi całe szczęście nie naruszywszy dachu. By to naprawić należy połączyć aluminiowe poprzeczki, podwiesić je drutem i umiejscowić w ten sposób kwadraty z gąbki między nimi. Od podłogi do sufitu mamy ponad pięć metrów, a drabiny nie ma. Należy ją wpierw skonstruować, co zajmuje nam niemalże cały dzień.

22

Pan i władca tego miejsca się nie przemęcza, a jego zaangażowanie polega na rozdawaniu zleceń. „Zrób to i to.” – rzecze najpierw. „Nie wiesz jak? Sprawdź sobie – w internecie znajdziesz wszystkie odpowiedzi.” – odpowiada, gdy przed zrobieniem czegoś próbujemy się upewnić, że odpowiada mu taki, a nie inny sposób wykonania zadania. „Nie widziałeś jak? Czemu nie zapytałeś?” – pyta w końcu, gdy się coś zrobi po swojemu, nie odgadłszy jego woli. W przerwach między papierosami poluje na muchy. Większość czasu spędza przed komputerem bądź telewizorem. Niestety uznaje to za normalną rzecz, skoro płaci za nasze jedzenie i zapewnia nam pokoje do spania. Przychodzi nam więc także gotować, a tutejszy obyczaj nakazuje jedzenie dwóch dużych dań – obiadu i kolacji.

Anglicy to flegmatycy – to słyszał każdy. Z pewnością jest to krzywdząca generalizacja, jak każdy stereotyp, lecz w przypadku tej dwójki sprawdziło się to w stu procentach. Stuprocentowa mglista flegma. Standardowe uprzejmościowe gadki, jedynie kurtuazyjne zainteresowanie tematem, lulu zaraz po dobranocce, nawet w weekend. „Oh I’m so tired, I really think I’d go to bed soon”.

Francuska wybrała się w podróż by zmierzyć się z Pigmejem, który śledzi ją przez całe życie. Tak twierdzi. W ten sposób określa strach przed samodzielnością i przygodą, w której nieczęsto jest się pewnym jutra. Uznała, że należy się z nim zmierzyć, a najlepszym sposobem na wygranie tejże batalii jest wyruszenie w podróż. Nigdy tego nie robiła, więc postanowiła się nie certolić i rzuciła się na głęboką wodę. A właściwie przeskoczyła przez ocean. Całej wyprawie wariactwa dodaje fakt, że ani po hiszpańsku, ani po angielsku nie mówi zbyt komunikatywnie. Całkiem sprawnie jednak łączy idiomas, so in one sentence puede mélanger three of them, ale todo wygląda como en parfait état.

16

Każdego dnia jesteśmy zdani na to samo towarzystwo. Gospodarzowi, który mieszka sam pośród nicości pastwisk z pewnością doskwiera samotność. Z żoną się rozstał, a jego syn uniezależniwszy się rzadko go odwiedza. Nie bez powodu przyjął już na to odludzie ponad pięćset osób. Jak mówi – nie zawsze ma u siebie gości, bo to męczące, toteż od czasu do czasu zostaje na swych włościach sam ze sobą. Albo samotność albo przybysze – w większości nieznajomi. Po kilku dniach zauważamy, że odbija się to na nim dość mocno. Wahadło humorów. Bywa, że jest rzucającą na prawo i lewo żartami duszą towarzystwa, potem jednak przeobraża się w ponure zwierciadło, w którym odbija się wszystko wokół – tyle, że bez kolorytu. Loteria na całego. Miejsce, w którym się znaleźliśmy jakby przesiąkając nastrojem jego właściciela szarzało i stawało się depresyjnym ustroniem by następnego dnia, wraz ze zmianą jego usposobienia przerodzić się w cichą ostoję pełną nieskończonego uroku.

17

Czy są jakieś zalety życia na takiej pustelni? Są… całkiem znaczące. Nikt niepowołany nie wie nawet, że ktoś mieszka w tej stodole pośród rozłogów. Pomimo, że tutejsze prawo obciąża obowiązkiem uzyskania pozwolenia na budowę można te przepisy potraktować spłuczką. Jego krowy nie są też zakolczykowane, bo nikogo to nie obchodzi. To, co stoi na papierze nie ma nic wspólnego z rzeczywistością. Nie jest niczym zaskakującym, że wedle argentyńskich ustaw człowiek ten zmuszony jest do uiszczania podatku haraczu od ziemi i od dochodów. Tak jak prawie wszędzie na tym globie. Jednakże tego nie robi i nie ma z tego tytułu żadnych problemów. Kiedy spytaliśmy jak to możliwe, odpowiedział nam, że fiskus nie wie, że on tu mieszka. A za każdym razem jak ktoś do niego dzwoni w sprawie związanej z prawem – mówi, że mieszka za granicą. Nie ma też konta w banku, a wszystkie jego wydatki i dochody odbywają się za pomocą gotówki. Agoryzm w praktyce. Ciężko o taki przykład odcięcia się od systemu w Europie. Słynny frazes, wedle którego śmierć i podatki są nieuniknione mija się więc z prawdą – przynajmniej częściowo. Argentyński aparat przymusu – wystarczy się od niego oddalić i mieć święty spokój…

19

Puste przestrzenie porośnięte jedynie trawą oraz chwastami tworzą ogromny świat dla licznych owadów. Stąpając po tym zielonym stepie ma się wrażenie jakby chodziło się w kałuży insektów. Te bowiem odskakują na wszystkie strony niczym pluskająca woda. Żyje tu mnóstwo koników polnych oraz modliszek. Te idealne warunki bytowe sprawiają, że mnożą się jak najęte i przybierają ogromne rozmiary.

05

06

Czas, gdy słońce skłania się ku horyzontowi by ustąpić miejsca księżycowi. „Złota godzina” jak mawiają. To, co działo się w tym miejscu o tej porze, zapierało dech w piersiach. Niemalże każdego dnia wtedy właśnie wychodziliśmy na zewnątrz by kontemplować magię, która rozpościerała się na niebie. Nabierało ono pastelowych odcieni, zaś obłoki nadzwyczaj puszystej konsystencji. Niebo przypominało ogromny, warstwowy placek przekładany bitą śmietaną.

20

Płaski niczym stół teren zapewniał doskonały obszar do obserwacji ogromnej przestrzeni. Pewnej nocy zaś udało mieliśmy sposobność widzieć burzę oddaloną o dobrych kilkadziesiąt kilometrów – tak daleko, że dźwięk grzmotów nie docierał do naszego punktu widokowego. Błyskawice pojawiające się na te ułamki sekund rozświetlały w spektakularny sposób chmury. Czegoś takiego jeszcze nie doświadczyliśmy. Czuliśmy się jakby Mordor znajdował się za którąś z miedz.

02

Miejsce to w niewytłumaczalny sposób prowokowało w nas ambiwalentne uczucia co do niego. Jego osobliwy klimat igrał z nami do ostatniego dnia i uwidaczniał się ze zdwojoną mocą w zachowaniu gospodarza. Nieustanne skoki pogodności i posępności na odizolowanym kawałku ziemi to warunki życiowe dla wyjątkowo wytrwałych. Po kilkunastu dniach przebywania w eterze wypełnionym tak niestabilnym fluidem postanowiliśmy wyjechać. Nie często się to zdarza, jednakże rancho to pozostawiło po sobie w naszej pamięci nietypową, wyjątkowo niejednoznaczną nostalgię. Było pięknie i było ponuro.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s