za rzekami, przed górami

Tym razem opowiemy o kilku osobach, które uczyniły naszą przeprawę ze wschodu na zachód Argentyny czymś, czego nie spodziewalibyśmy się w naszych najśmielszych oczekiwaniach. Te dobre dusze nie miały nic przeciwko temu, abyśmy spędzili wspólny czas w ich domach. Ba, byli co najmniej równie ukontentowani jak my! Jak określa się to tu – byli chochos! Sprawiło to, że cała sytuacja dla nas stała się przyjemnością po dwakroć. Wiedzieliśmy, że nie stanowiliśmy ciężaru fatygując gospodarzy. Nie pozostawiali oni ni cienia wątpliwości co do tego. Odwiedziny większości z tych miejsc możliwe stały się dzięki znanemu i cenionemu w podróżniczym światku wynalazkowi pt. Couchsurfing. Paraná, San Francisco i Córdoba – te trzy przystanki pozwoliły nam poznać ludzi o ogromnych sercach – choć tak odmiennych.

07

I tak docieramy do kolejnej, ogromnej rzeki stanowiącej zachodnią granicę, zaczynającej się od wschodniej strony rzeką Urugwaj, prowincji Entre Rios. Rzeka Paraná koi nasze spieczone twarze przyjemnym, rześkim powiewem. Niniejszym znajdujemy się w miejscowości o tej samej nazwie. Tu zdecydowała się nas odebrać Karen, która pod nieobecność swoich rodziców dysponuje wolną chatą, na której poddaszu ściele nam łoże. Pytamy przypadkowego pana z dzieckiem czy wie, w którym kierunku powinniśmy się udać by dotrzeć pod właściwy adres. Ten mówi, że bylibyśmy biedni gdybyśmy musieli iść taki kawał w słońcu i nalega na podwiezienie nas pod same drzwi. Aż głupio odmówić.

Karen szokuje nas swoją gościnnością. Ledwośmy zdążyli ochłonąć, a ta już serwuje mate i jakieś słodkie przekąski. Mówi, że tego wieczoru organizuje imprezę w swoim domu i zaprasza szóstkę znajomych. A czemużby nie! Nie wiemy czy to z naszego powodu, ale podejrzewamy, że po części tak – zwłaszcza, że to środek tygodnia. Dla tutejszej młodzieży to także środek wakacji. Lecz mniejsza o to – chyba są zaskoczeni naszą wizytą i najzwyczajniej ciekawi cóż sprowadza nas do tego niekoniecznie turystycznego zakątka.

05

W ten sposób poznajemy m.in. radosną parkę – Natalię i Mateo, a także innych ziomków Karen. W towarzystwie tej paczki znajomych spędzamy dwa dni, wciąż bowiem widują się w wolnym czasie. Gdy np. gospodyni wybiera się do pracy, to oni przejmują jej „obowiązki” względem nas. I tak, gdy potem ci są czymś zajęci, wówczas Karen znów poświęca nam swój czas. Jesteśmy w szoku. Nawet o to nie prosiliśmy, a traktowani jesteśmy lepiej niż dyplomaci, których należy podjąć w najlepszym z możliwych sposobów.

29

I tak zwiedzamy rozległy nadparański park, by potem udać się do muzeum, w którym pracuje goszcząca nas dziewczyna. Wewnątrz znajduje się stała wystawa obrazów Césareo Bernaldo. Naszą uwagę szczególnie przyciąga jeden z nich przedstawiający beznamiętnie spoczywającą na siedzisku kobietę.

01

Jej surowe i mgliste spojrzenie wzbudza w nas niejednoznaczne uczucia. Pozostałe eksponaty to dzieła współczesne. Wśród nich elektryzująco zadziałały na nas zwłaszcza trzy spośród nich: obraz dziadka w kuchni, popiersie z głową dziwacznego bobasa oraz drewniana rzeźba osobliwego jeźdźca.

03

27

03

Ostatniego wieczoru nieco stłamszeni dusznym klimatem i poprzednią nocą postanawiamy pozostać w domu. Mateo wyjmuje gitarę. Zaczyna na niej grać, a Natalia i Karen śpiewać. Tworzą naprawdę zgraną ekipę – w ich skromnym repertuarze pojawiają się głównie nostalgiczne utwory naładowane mocnymi uczuciami. I nie są mdłe – trafiają w odpowiednie tony. Gdy ich chwalimy rzecz jasna „unoszą się” skromnością. Okazuje się, że znamy wpólnie znamy wiele klimatów muzycznych. Kojarzą też znane przez nas argentyńskie zespoły – Los Espíritus, Mueran Humanos czy Mephistopheles. Na dodatek członkowie tego ostatniego są z Parany i są znajomymi Mateo i Natalii.

05

Po pewnym czasie młodzi parańczycy wychodzą z inicjatywą zagrania i zaśpiewania czegoś wspólnie. Pada na „Negro Chico” Los Espíritus – bluesowa melodia tego kawałka idealnie do tego się nadaje.

 

Skoro my śpiewaliśmy po hiszpańsku, to by wymiany międzykulturowej stało się zadość wypadało dać im szansę na spróbowanie czegoś polskojęzycznego. Po chwili namysłu rzucamy propozycję „Dziwnego weekendu” Breakoutu. Choć Mateo szybko podchwytuje główny motyw, to śpiew idzie im trochę bardziej opornie niż w naszym przypadku. Nic zresztą zaskakującego – nagromadzenie niedorzecznych dla nich dźwięków jakimi przepełniony jest język polski nie pozwala im na dużą płynność w śpiewie. Starają się jak tylko mogą i po którymś razie w końcu dochodzimy do dostatecznie poprawnej, choć nadal śmiesznej wersji, po której wykonaniu możemy w końcu przybić sobie piątki.

W korytarzu domu Karen widnieje niewielka galeria rodzinnych zdjęć. Wśród niej znajduje się istna perełka – urocze zdjęcie rodzeństwa, cioci i wujka dziewczyny. Już od najmłodszych lat sączyli yerbę.

07

Spójrzcie tylko na to malutkie mate i czajniczek! Jak widać ta przyjemność nie zna ograniczeń wiekowych. Tutaj yerbę wysysa się wraz z mlekiem matki.

Zostajemy zaznajomieni przez parańczyków z najużyteczniejszych słów Argentyny. Jest to boludo. Wypowiada się je z naciskiem na literę „u” nieco przedłużając i uwydatniając jej wydźwięk. Może być ono zarówno wyzwiskiem, jak i pieszczotliwym określeniem kogoś, kto postępuje nie do końca mądrze. Należy zachować ostrożność przy jego użyciu i kierować się wyczuciem. Gdy skierowane jest do faceta, który wymusił pierwszeństwo na skrzyżowaniu stanowi wulgarne wyzwisko. Gdy zaś wypowiedziane jest w stosunku do kumpa, który rozlał piwo, nabiera ironicznego zabarwienia. Albo na serio albo z przekąsem – zawsze jednak stanowi mniej lub bardziej poważny przytyk. Coś w rodzaju „baranie!”, „durniu!” – tyle, że bardziej uniwersalne.

Ludzie gadają, że nigdy nie pada w San Francisco. Choć mają na myśli najsłynniejsze z miejsc o tej nazwie, to robią to tylko dlatego, że nie znają tego w Argentynie. W przypadku tegoż sprawdziło się to całkowicie. Kto by się spodziewał, że trafimy do piekła. Jeśli byliście kiedykolwiek w saunie, to wyobraźcie sobie, że po wyjściu z niej na zewnątrz jest prawie tak samo. Przynajmniej pod względem wigloci. Ta, w połączeniu z wysoką temperaturą sięgającą niemalże 40 stopni Celsjusza, daje porażający efekt. Pierwszy raz zaczynamy naprawdę tęsknić za zimą. W takich warunkach nie ma znaczenia co się na siebie założy – póki bowiem słońce nie jest blisko horyzontu pocisz się chcąc czy nie chcąc. Jedynym ratunkiem może być szczelne pomieszczenie z wiatrakiem bądź klimatyzacją. Zaczynamy wobec tego zastanawiać się jaki sens ma w klasyczny tryb dobowy, skoro od godziny jedenastej do siedemnastej lepiej nie wychylać nosa na zewnątrz. Otóż da się „żyć” jedynie wieczorem, nocą i rano.

Zmyleni osobliwą numeracją domów i zmęczeni wędrówką przez pół miasta z trudem odnajdujemy rodzinny dom Lucasa, couchsurfera, którego od dawna nie ma już na miejscu. Może nas jednak odebrać jego ojciec. Gdy jesteśmy w pobliżu i rozglądamy się szukając właściwych drzwi, te otwiera nam krępy staruszek. We framudze pojawia się poczciwa twarz z promieniejącym uśmiechem. Przepraszamy starszego pana, że jesteśmy tak późno (godzina 22:30), lecz ten macha ręką i odpowiada nam, że on o tej porze zazwyczaj jada kolację. Dowiadujemy się, że Lucas jest księdzem i od pięciu lat nie mieszka już w San Francisco. W ogóle nie wskazywał na to jego internetowy profil – stanowił, że mieszka w tym mieście i studiował filozofię. Inne wrażenie sprawiało też zdjęcie profilowe, na którym niczym Adonis dumnie dosiada choppera dzierżąc w jednej ręce mate.

09

Ojciec duchownego, Ezequiel, okazuje się człowiekiem przepełnionym energią. Zaprasza nas do stołu w skromnym salonie połączonym z kuchnią. Puste szare ściany zdobi jedynie mapa Piemontu. Za sprawą powiewu wszechobecnych wiatraków czujemy się jak w oazie. Jako prezent przynosimy czerwone wytrawne wino i jak się okazuje strzelamy w dziesiątkę. Gospodarz bowiem jest koneserem tejże ambrozji. Nie pozostając w tyle wyjmuje białe wino i bez zastanowienie zleca nam otworzenie jednego z nich. I zaczynamy rozmowę, która pochłania każdego z naszej trójki. Mówi on bardzo wyraźnym i ładnym castellano. Widać, że stara się dostosować do naszego poziomu i unika skomplikowanych zwrotów i wyrażeń. Jego rodzina ma włoskie korzenie. W tych rejonach mieszka mnóstwo potomków Włochów z Piemontu. Pan Ezequiel kultywuje korzenne tradycje – uczęszcza na spotkania, podczas których romawia się po włosku (w dialekcie piemonteńskim rzecz jasna!) i gotuje się rodzime potrawy. Jest także zapalonym chórzystą. Po krótkiej namowie – niewykluczone, że ośmielony winem – zbiera się na odwagę by zaśpiewać nam jedną z pieśni. W atmosferze luźnego dialogu spędzamy kilka godzin. Wtem okazuje się, że jest trzecia w nocy. Staruszek nie wydaje się być tym specjalnie przejęty. „Skoro państwo są już zmęczeni, to zapraszam do snu” – kwituje, po czym udaje się do swojego pokoju życząc nam dobrej nocy.

10

10

Następnego dnia budzi nas gwar w kuchni. Niedzielny poranek to czas rodzinnego spotkania. Przy stole zastajemy córkę naszego gospodarza wraz z rodziną oraz jego syna. Tego dnia porzuca się lekkostrawność kuchni włoskiej na rzecz – niech was zaskoczymy – asado. Gdy wypełniamy już swoje żołądki pieczystym zięć pana Ezequiela, Mario, dopełnia … i raczy nas najczęściej pitym napojem wyskokowym Argentyny – Fernet con Coca. Fernet to wysokoprocentowy ziołowy likier, nieco mocniejszy w swym armomacie niż Jägermeister. Sensownym zdaje się więc mieszanie go z Coca-Colą i wcale nie zakrawa to na „bluźnierstwo”. W tych warunkach atmosferycznych obowiązkowo wrzuca się do środka lód. Mario wstał więc od stołu i skierował się w stronę lodówki. Drzwi od zamrażarki nieco przymarzły do framugi, więc zamaszystym ruchem je szarpnął. Nagle coś z niej wypada. To łeb prosiaka wykonując obroty spada z hukiem na posadzkę tuż przed raczkującą wnuczką. Chwilowemu przerażeniu ustępuje salwa śmiechu, którą wzmaga widok dzieciny patrzącej ze zdziwieniem w oczy martwej świnki.

12

Niezwykle zaskakujące jaką gościnność są w stanie okazać ci, którzy sami nie mają wiele. Owszem, bez problemu wiążą koniec z końcem – co zresztą okupione jest ciężką pracą – ale da się zauważyć jednocześnie niższy materialny standard życia tychże ludzi w porównaniu z tym jak wygląda to w Polsce. Nie chcą oni nawet słuchać, gdy chcemy częściowo chociażby pokryć koszty jedzenia. Według nich, skoro jesteśmy gośćmi to trzeba nas ugościć. Gość w dom, Bóg w dom!

Córdoba – znane miasto stanowiące najważniejszy ośrodek kulturalny Argentyny. To taki odpowiednik polskiego Krakowa. Tutaj stolicę swą ma bohema artystyczna, położona jest w niecce w pobliżu gór (podobny problem ze spalinami), tu mieszają się wszelakie kultury – od włoskiej poprzez niemiecką, żydowską, peruwiańską czy polską do ormiańskiej, libańskiej lub nawet arabskiej. Wielu potomków imigrantów ma tu swoje własne osiedla czy ulice.

13

Przed łapaniem stopa z San Francisco udaje nam się nawiązać kontakt z kolejną osobą otwartą na podróżnych . To Cami odpowiada jako jedyna. Po dwugodzinnym wyczekiwaniu na pozbawionym słońca, bezlitosnym poboczu zabiera nas kierowca ciężarówki, dzięki któremu jednym skokiem znajdujemy się na obrzeżach Córdoby. Stamtąd łapiemy busa do centrum miasta i sprawa się komplikuje. Żeby móc używać kordobiańskiej komunikacji miejskiej należy mieć specjalną kartę, którą trzeba ładować w kiosku. Nie istnieją bilety w formie papierkowej. Wybieramy się więc na poszukiwanie punktu sprzedaży. W jednym można kupić kartę, ale nie można już jej załadować. Sprzedawca wskazuje nam inny kiosk, w którym można dokonać tej magicznej czynności po odczekaniu swojej kolejki.

Gdy ta dobiega końca, z nienacka podchodzi do nas schludnie ubrany brodaty jegomość. Mierzy nas badawczym wzrokiem i nieco zakłopotanym głosem pyta nas czy jesteśmy z Polski. Zaskoczeni trafnym strzełem odpowiadamy „tak” i odwzajemniamy badawcze spojrzenie z jeszcze większą intensywnością. Czyżby to jakiś wybitny językoznawca bezbłędnie rozpoznał w naszym hiszpańskim polski akcent?! Co innego może przyjść do głowy w takiej sytuacji? „To proszę ze mną, właśnie wracam z pracy, Cami czeka na was w domu” – oznajmia, po czym wprawnie odpala papierosa, wyciąga telefon i dzwoni do córki oznajmiając jej jaki zbieg okoliczności właśnie nastąpił.

Wchodzimy wraz z nowopoznanym mężczyzną do autobusu. Przemierzamy skąpaną słońcem Córdobę, którego promienie odbijają się od świeżych kałuży zrodzonych przez deszcz. Mnóstwo ulicznych zwierciadeł widzianych z okien autobusu ukazuje tutejszą architekturę. Docieramy. Oddalone o kilkadziesiąt przecznic osiedle jest wyjątkowo spokojne. Drzwi otwiera nam Cami, lecz na nasze powitanie wyprzedzają ją dwa szalone psy – komiczne maskotki domu.

13

Uradowana rodzina wita nas jak dawno oczekiwanych przyjaciół. W domu zastajemy także mamę podejmującej nas dziewczyny. Co ciekawe Cami już od dłuższego czasu mając profil na Couchsurfingu nigdy nie przyjęła żadnych gości. Jesteśmy pierwsi. Trafiło się ziarno ślepym kurom!

Trzyosobowa rodzinka ma się dobrze. Rodzice znani są bardziej pod pseudonimami, aniżeli pod prawdziwymi imionami. Tato to Lalo, zaś mama to Gordita (tłum. grubiutka). Na początku myślimy, że to przytyk, ale gdzieżby. Tutaj należy mieć duży dystans do samego siebie. Ksywki bowiem, nawet te, które u nas wydałyby się nieco obraźliwe czy dotkliwe, tutaj są normą i zastępują imiona. Swoją własną ma tu niemalże każdy, a niektóre są naprawdę niewybredne, np. calvo (tłum. łysy) czy peluca (tłum. włochata), ale nikt nie bierze ich na tyle serio by łączyć je z kompleksam. I te trzymają się człowieka jak lep, nawet jeśli ktoś nie jest już łysy czy włochaty.

15

Oczywiście po raz kolejny jesteśmy częstowani yerbą. Tym razem jednak zostajemy postawieni w ogniu rodzinnej wojenki. Zarówno Cami, jak i Lalo mają odmienne preferencje co do picia tego naparu. Następuje poczęstunek z obu frontów. W nasze dłonie wędrują mate od obojga, jedno po drugim. Co więcej – ci oczekują werdyktu. Które lepsze? Wygrywa Aguantadora pita przez Lalo – jest gorzka i aromatyczna. Rytuał picia mate jest czymś niepowtarzalnie wspaniałym – ten ciepły wywar z liści to idealna okazja do rozmowy przerywanej jedynie symptomatycznym siorbaniem. Chwila, która dla każdego instynktownie oznacza zatrzymanie się w pędzie życia codziennego ku wymianie myśli – kultywowania sztuki dyskusji. Tego, czego zbyt często brakuje wśród wszechogarniającej paplaniny i bieganiny.

Następnego dnia Cami proponuje wycieczkę – udajemy się więc nad dalszy, nieco pozbawiany tłumów odcinek rzeki – Cuesta Blanca. Ta sama rzeka przepływa przez Carloz Paz – potężne wczasowisko przypominające swoim sezonowym obłożeniem Zakopane. Ten sam fenomen absuralnej formy wypoczynku. Wystarczy jednak oddalić się od stolicy argentyńskich sezonowiczów by spokojnie odetchnąć maczając nogi w nurcie górkiej rzeki.

25

I na tym w większości przypadków się kończy, bowiem woda potrafi zmrozić cebulki. Niestety obowiązki wezwały Cami. Okazało się, że musi wrócić by tańczyć na rurze. Nie, nie w pubie dla dziadów przeżywających kryzys wieku średniego. Zajęcia z akrobatyki połączone z wygibasami na rurze. Zagapiwszy się w niemrawy nurt rzeki zrywamy się – okazuje się, że mamy tylko dziesięć minut na dotarcie na autobus – L. jednakże zapragnęła zafundować towarzyszom wycieczki szybki spacer krajoznawczy skacząc po kamieniach niczym Tarzan po grzbietach krokodyli. Filigranowa Cami nie nadążała za nami z taką sprawnością, gdyż jej krótkie nogi nie pozwalały dotrzymać nam skoku. Ta atrakcyjna droga powrotna okazała się najdłuższą z możliwych i autobus uciekł zostawiając po sobie jedynie kłębowisko kurzu.

W międzyczasie opuszczamy stolicę prowincji Córdoba by przez tydzień zamieszkać w środku lasu (ale o tym następnym razem). Stamtąd powracamy wolnobieżnym pociągiem do tego samego miasta. Tam oczekują nas państwo Torres.

26

Ci sami, których spotkaliśmy jeszcze w chatce czarownicy z Urugwaju. Spotykamy się na nieczynnej stacji kolejowej. Wesoła para pojawia się po chwili i rozpościera ironiczną aurę. Pan Juan na nasz widok wydobywa z siebie kocurzy chichot i mówi, że przez te dwa miesiące mocno się zmieniliśmy. Pani Sofia natomiast dyskretnie uśmiecha się, co zupełnie przykrywa fakt ich półgodzinnego spóźnienia. Czas w Argentynie jest traktowany nadzwyczaj względnie. To, że z kimś umówisz się na konkretną godzinę nie oznacza, że musisz się pojawić na czas. Im większa zażyłość, tym bardziej możesz się spóźnić. Wobec tego twój najlepszy przyjaciel na luzie może przybyć trzy godziny po czasie i szafa gra.

Nie zmierzamy jednakże bezpośrednio do ich domu. Pani Sofia ma bowiem tego dnia spotkanie z lokalnymi artystami. Przewodzi grupie kilku osób z miasta i okolic, by rewidować ich poczynania i pomagać im w rozwijaniu ich talentów. Jest kimś w rodzaju kuratora sztuki. Obserwujemy całe spotkanie na uboczu – projekt za projektem ukazuje się na ekranie komputera – na dachu baru w otoczeniu gwaru miasta. W gronie tym znajdują się ludzie tworzący ilustracje bajek dla dzieci, murali, ceramiki, a także graficy i pojektant ubrań. Poza chęcią współdziałania nie łączy ich wiele. Na Sofii zaś spoczywa ciężar znalezienia sposobu rozpropagowania tego, co robią z pasją.

15

Po raz kolejny odwiedzamy spokojne osiedle, kilka kilometrów od centrum hałaśliwego miasta. Późna godzina wskazuje na to, że domownicy nie będą krzątać się po podwórzu. Zza rogu wyłania się jednak nadpobudliwa babcia. To mama pani Sofii. Wita nas niczym zagininonych potomków z Polski. Ma bowiem polskie korzenie. Jej ojciec w pierwszej połowie XX wieku wyemigrował z kraju nad Wisłą do Argentyny i rozpoczął pracę przy budowie kolei. Z czasem zadaje nam coraz więcej pytań o to jak wygląda kraina jej przodków. Z rozrzewnieniem wspomina swojego tatę i przypomina sobie jego dziwnie brzmiące powiedzonka. Jednym z nich jest „dostaniesz w gębę!” – starsza pani wypowiada to w zupełnie zniekształcony sposób, jednakże udaje nam się zdekodować ten na pozór prosty przekaz. Zastanawiamy się w jakich sytuacjach i do kogo kierowane były te słowa. Możliwe, że uznał on, że ten kontrowejsyjny zwrot świetnie wkomponuje się w typowe dla Argentyny poczucie humoru, gdzie przecież obelgi i groźby w większości przypadków są wypowiadane z przymrużeniem oka.

Przed przybyciem tutaj należy zresztą mieć na uwadze ogromny dystans do wszystkiego, co mówią inni. Zdystansowanie jest tu tak daleko posunięte, że nikt nie jest „bezpieczny”. Nie ma specjalnego znaczenia to, czy ktoś cię zna czy widzi pierwszy raz na oczy. Pan Juan przytacza nam historię ze swojego gabinetu stomatologicznego. Zdarzają się pacjenci, którzy wchodząc do gabinetu zamiast powiedzieć „buen día” (tłum. dzień dobry) mówią „che, loco! me duele aquí” (tłum. hej, wariacie! tu mnie boli) wskazując palcem bolący ząb. Jest to podobno na porządku dziennym. Wyobraźcie sobie coś takiego gdziekolwiek w Polsce…

Przemiła, nieco krzykliwa staruszka za każdym razem szuka okazji by zaciągnąć nas do swojego domku znadującego się na tym samym podwórku, gdzie dom państwa Torres. Nie zważa nawet na to, że jej „dzieci” też mają łazienkę z prysznicem i każe nam kąpać się u siebie. Nie dość tego, notorycznie pyta nas – niczym typowa babcia – czy nie jesteśmy głodni i podsuwa nam propozycje przekąszenia choćby kanapaczki. Przedstawia nam też kolekcję swoich rękodzieł. Wręcza nam do wglądu skrzętnie upchane w pudełeczku koguciki wyszyte na materiale.

17

Jej ciemny pokoik pełen jest przeróżnych skarbów, o których przjętym głosem roztacza niekończące się historie.

16

Dom, w którym nas ugoszczono ma jeszcze jednego domownika, to dziesięcioletnia Federica, córka Torresów. Postanowili oni nie posyłać jej do szkoły – sami zająwszy się jej nauczaniem. Domyśliliśmy się tego zresztą przed tym, jak nam to powiedziano. Dziewczynka ta bowiem poraża swoją inteligencją, odwagą i ciekawością świata. Nie straszne jej nowe doświadczenia, nie czuje żadnych barier komunikacyjnych, nawet w stosunku do ludzi, których dopiero co poznała.

18

Czasami może zachowuje się jak mądrala, ale co najważniejsze – potrafi konwersować z dorosłymi nie tylko na dziecięce tematy. Jej przykład stanowi doskonały dowód na to, że standardowe metody edukacji nie są konieczne, a bywają wręcz szkodliwe. Mogą pozbawić dziecka skupienia się na rozwijaniu własnych zainteresowań, przytępić jego wyobraźnię lub po prostu nudzić na śmierć. Jak myślicie – dlaczego większość dzieci tak nienawidzi chodzić do szkoły?

Państo Torres oznajmiają nam, że kolejnego dnia wyjeżdżamy z Federiką i jej kolegą na wieś nieopodal Alta Gracia. W miejscu tym urodził się słynny Che Guevara. Jego kult widoczny jest w wielu miejscach w Argentynie. Jego wizerunek wisi w sklepach, noszony jest na koszulkach, uwieczniany jest na murach lub na nawet na ciałach w postaci tatuaży. Zaskakujące jak wielu ludzi zupełnie nieświadomie czci jednoznacznie złą postać. Guevara bowiem zapisał się w kulturze popularnej jako antyimpreialistyczny wojownik o równość i wolność. W rzeczywistości jednak był pełnym nienawiści zbrodniarzem, z którego rąk bądź polecania zginęło tysiące niewinnych istnień ludzkich. Ta krwawa strona tego człowieka została zupełnie pominięta na rzecz pięknego mitu. Gdy pytamy państwa Torres o to, co myślą o otoczce wokół tego romantycznego mordercy, nazywają go największą hańbą Argentyny i podkreślają, że jest to dla nich niezrozumiałe i przykre, że lwia część Argentyńczyków nie ma najmniejszego pojęcia o jego poczynaniach. Istotnie – niestety świadomość faktów z życia Guevary, jak widać na każdym kroku, nie jest powszechna. Najczęstszą reakcją na nie jest zagubienie, zdziwienie, ostatecznie – próba usprawiedliwiania jego zbrodni.

Kilka kilometrów od tej, owianej kontrowersyjną sławą, miejscowości mieszka Mateo, zmęczony życiem w Buenos Aires artysta mieszkający wraz z kilkoma tuzinami przeróżnego ptactwa. Wyboista droga wiedzie do jego domu, a w bramie widzimy kilka perliczek spokojnie skubiących okazalszą trawę po drugiej stronie ogrodzenia. Posesja tego wesołego mężczyzny wygląda niczym ornitologiczne mini-zoo. Wita nas z zieloną papużką na ramieniu.

21

19

Z jeden strony domu powolnie przechadzają się posępne pawie co chwile dając o sobie znać charakterystycznym gulgotem. Z drugiej zaś swoją przestrzeń mają kury, kurczaki i kurczaczki nadzorowane przez czarnego koguta. Wszystkie te pierzaste stworzenia to jego przyjaciele, z którymi wypracował sobie trudne, choć dobre relacje. Nie hoduje ich jednak dla mięsa, jakże mógłby zjeść towarzyszy swojego życia?

23

Jego dom przepełniony jest dziwnymi przedmiotami, które – jakby z psychoanalitycznym przełożeniem uwidaczniają o się w jego szalonych obrazach. Na zewnątrz domu walają się ponadto czaszki ssaków – uśmiechniętego dzika czy złowrogiego kozła.

20

Wewnątrz zaś, na ścianie salonu, zawieszona jest okazała kolekcja masek pochodzących z różnych stron Ameryki Południowej i nie tylko. W przypadku tego kontynentu są to przede wszystkim twarze barwnie i hucznie obchodzonego karnawału.

22

Diabły, kozły, małpy, koty i bliżej niezidentyfikowane stwory. Cała gama przeróżnych grymasów zaklęta w maskach – przerażających, szalonych, wściekłych, parszywych lub nieobecnych, a nawet zdegustowanych czy znudzonych, bądź po prostu śmiesznych, głupkowatych oblicz. Wszystkie na swój dziwaczny sposób porażają zastygłym spojrzeniem. Que bizarro!

24

Czy ten facet mógł nas czymś jeszcze zaskoczyć? A jakże! Okazał sie być także hipnotyzerem drobiu. Postanowił zaprezentować nam swoje umiejętności – usiadłszy na ganku schwycił kurczaka, którego poddał transowi. Ułożył swoją ofiarę na jej plecach i zaczął uświadamiać jej że jest śpiąca. W miarę jak opowiadał kurczakowi o jego zmęczeniu i potrzebie wypoczynku zniżał rytm i natężenie swojego głosu. Jego pierzasty przyjaciel stopniowo przestawał wierzgać łapkami, a jego powieki wkrótce zaczęły powoli się zamykać. Sprzyjającą, senną atmosferę zapewniła kołysanka śpiewana przez dzieci. W końcu delikwent stracił świadomość i zastygł w bezruchu. Stan, w którym się znalazł był na tyle głęboki, że próby wybudzenia go przez świadków tego małego widowiska kończyły się fiaskiem. Udało się to tylko Mateo. „Kurczaku! Kurczaku! Zbudź się” – te słowa, po których nastąpiło prztyknięcie palcami natychmiastowo wyprowadziły ptaka z transu. Kto wie co jeszcze ukrywa przed nami ten nietuzinkowy facet – może któraś z kur znosi złote jaja?

Reklamy

One thought on “za rzekami, przed górami

  1. zamiast utworu BREAKOUT łatwiej nauczyliby się jakiegoś bluesa Tadeusz Nalepy …….” jest gdzieś taki dom? : – trochę nostalgiczny,, a może ” kiedy byłem małym chłopcem” czy ” na drugim brzegu tęczy ” Miry Kubasińskiej

    Lubię to

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s