casa (no tan) grande

Odnaleźć siebie i powrócić do siebie – tą enigmatyczną zapowiedzią uraczył nas Y., do którego przybyliśmy pewnej nocy. Czy taki jest skutek mieszkania w lesie? Posłuchajcie – być może to szum listowia kojąco wpływa na ego? To wprawdzie najoczywistszy z terapeutycznych czynników pomagających zwrócić uwagę na to, co łatwo może być wykolejone hałaśliwym i szybkim „życiem” maszynerii – wśród poprzewlekanych asfaltem aglomeracji mieszkań, miejsc zarabiania i wydawania pieniędzy – gdzie ludzie stanowią jedynie trybiki. Czyż bowiem w tym wirze obowiązków i zmartwień nie są zagubieni?

Była dziesiąta w nocy. Księżyc znajdował się wówczas w nowiu, toteż po wyjściu z prowincjonalnego rzęcha – autobusu z wysłużonymi sprężynowymi siedziskami – znaleźliśmy się w ciemnościach przy rzadko rozświetlonej latarniami drodze. Jedna świeci przy przystanku, lecz następna prawie kilometr dalej. Zanurzamy się zatem w ciemność lasu, lecz dysponujemy wskazówkami, jak dotrzeć do domku. „Idźcie przy sklepie z rękodziełami, a potem w lewo, aż będzie jakiś budynek z napisem, potem prosto pod górkę, potem w prawo w ulicę taką-to-a-taką, będzie tam drewniana tabliczka, potem dalej…” – i tak dalej i tak dalej – „…widzimy się niebawem!” – tak mniej więcej zostało nam to wytłumaczone. Pora idealna, gdy delikatne rześkie powietrze nocy rekompensuje ciężkość upału dnia.

Rozświetlając drogę światłem telefonu obieramy wierną wytycznym ścieżkę, a nasze płuca połykają świeżo wyprodukowany przez drzewa tlen. Wokół nie słychać nic. Nawet wiatr zamilkł. Nagle widzimy strumienie światła, które przemykają przez gałęzie. Nie mając pojęcia kto nadchodzi zbliżamy się o krok od źródła światła i słyszymy donośne „Buenas noches” (tłum. Dobry wieczór) – to człowiek lasu pozdrawia nas oblewając swą twarz obfitym uśmiechem. Bez ceremoniałów prowadzi nas po utwardzonej cegłówkami drodze by potem dziarsko wedrzeć się na ledwie widoczną ścieżynkę schowaną w przydrożnym zagajniku. Ten po chwili przeradza się w las, a ścieżka zaczyna się wić slalomem między pniami. I tak docieramy do chatki – na pierwszy rzut oka – dość prymitywnej. Nieco niżej, na wyrównanym terenie stoi stół z dwiema ławami, do którego zasiadamy po raz pierwszy. I po raz pierwszy muzykę tła stanowi rzeka.

15

Wieczór zapoznawczy czas zacząć. Rozmowa pomalutku nabiera rozpędu i znać po niej dobrego rozmówcę. Choć tak naprawdę dopiero się poznaliśmy, to gadamy z nim jak ze starym kumplem. Y. przedstawia nam filozofię życia w Rincón Utópico, czyli utopijnego zakątka, który stworzył. Wyrażenia klucze oddające jego ducha to todo tranquil (wszystko spokojnie) i buena onda (dobre wibracje). Niniejszym wszystkie złe emocje nie mają prawa bytu na tej leśnej przestrzeni. Każdy zaś powinien troszczyć się o spokój i dbać o dobre samopoczucie pozostałych. Bowiem todos somos iguales, todos somos locos (wszyscy jesteśmy jednakowi, wszyscy jesteśmy wariatami). Inne jednostki nie mają tu wstępu. Jasne i proste. Takie jest autonomiczne, niepisane i absolutne prawo tego zielonego ubocza. Y. co kilka zdań wybucha piętrzącym się śmiechem i patrząc prosto w oczy raz A., a raz L. skutecznie znajduje jego odwzajemnienie.

Odtąd rozumiemy, że zatrzymawszy się u tego wariata nasze usta co chwilę przybierać będą kształt banana. Podano do stołu – przed naszymi oczami pojawiają się dwa wypełnione pachnącą treścią talerze. I tak se gawędząc i przekąszając notorycznie robimy małe przystanki by dać ujście śmiechowi. Nietrudno się zakrztusić! W międzyczasie Y. orientuje się, że opróżniliśmy już talerze i z całą szczodrością dokłada nam jeszcze – zupełnie lekceważąc to, że się już najedliśmy. Z jednej strony wygląda to tak jakby chciał nas utuczyć, w rzeczywistości to jednak esencja tego człowieka. „Coman, son flacitos!!!” (jedzcie, jesteście chuderlakami!!!) – rozkazuje za każdym razem, gdy próbujemy odmawiać.

Do ucztowania można się przyzwyczaić, zwłaszcza gdy ma ono miejsce każdego dnia. Zdawało nam się, że na nasze żołądki grawitacja działa z co najmniej potrójną, niż zwykle, siłą. Wszak apetyt rośnie w miarę jedzenia, a gdy jest ono tak pyszne, to osiąga zenit. Nie mieliśmy nawet ochoty silić się na asertywne reakcje. Po prostu czyściliśmy talerze do cna. I nie trzeba było ani sztywno siedzieć biorąc udział w dziwnej francuskiej dyscyplinie pt. savoir vivre (czyli błaźnić się po to by w swym paradoksalnym mniemaniu się nie zbłaźnić), ani płacić za to grubych pieniędzy jak w restauracji. Nie zdążysz spostrzec, a ten wyjmuje rarytasy ze swojego gara niczym królika z kapelusza.

Stos dojrzałych bakłażanów, garść słodkich papryczek, zapasy ususzonych grzybów starannie uzbieranych z drzew i kilka innych darów natury wystarczały w zupełności by wyczarować z nich półmiski po brzegi wypełnione jedzeniem. Nie było mowy o nudzie! Ta nie miała wstępu za drewniane drzwi kuchni, gdzie jednak czas biegł bardzo powoli. Kolejne godziny wspólnego gotowania wyznaczały zmieniające się albumy muzyczne. Jeden chlust wina do sosu – coby pobudzić ślinotoki, kolejny zaś do żołądka – coby rozmowa biegła jeszcze milej. A do tego wszystkiego zapach świeżego chleba roznoszący się niemalże codziennie po niemałej części lasu. I właśnie w ten sposób, przygotowywanie kolacji zajmowało nam niejednokrotnie długie godziny.
Po gigantycznych porcjach ciężko nie oprzeć się pokusie sjesty, a odpoczynek w lesie to najlepsze co można sobie wyobrazić. Promienie słoneczne nie karcą tak strasznie, gdyż tylko wąskie strużki światła docierają poprzez gęstwinę gałęzi, podczas gdy melodia liści i ptaków nastraja do spoczynku. Poza tym, między drzewami rozciągnąć można hamak, w którym potem rozciągnąć można siebie! Do wyboru jest także stare łóżko wyłożone wygodnym materacem o zapachu psów. Uwielbiają się nań wylegiwać, zwłaszcza gdy nikt nie patrzy. Oto miejsce ochrzczone przez nas mianem „siestancii”. Spokój drzemki tylko czasami zakłócał szukający zajęcia, młodszy syn Y. pytając i mrużąc oczy z zaciekawieniem: „¿Que estas haciendo?” (Co robisz?).

11

Okolica chatki to mieścina o niezbyt adekwatnej nazwie Casa Grande (Duży Dom). Nie ma tu bowiem ani jednego dużego domu – stanowi ona nic więcej jak leśną, pagórzystą przestrzeń posianą w zdecydowanej większości drobnymi domostwami, często wykonanymi z gliny i jedynie wyjątkowo sięgającymi ponad parter. W tle, w odległości kilkunastu kilometrów, majaczy górski pejzaż. Znad lasów i dolin wyrastają niezbyt wielkie, lecz malownicze kordobiańskie grzbiety.

23

07

Okolicę bujnie zdobi rzeka lawirująca w dość nieprzewidywalny sposób, w jednym miejscu głęboka na dobre trzy metry, a w innych nie pozwalająca na zanurzenie się bardziej niż do kostki. Na jej brzegach napotkać można głównie konie i krowy. I nie dające im spoczynku psy, które nie mając odwagi podejść do kopytnych, obszczekują je z bezpiecznej odległości.

08

Ludzi nie widuje się tu wielu, a nawet jeśli się napatoczą, to machają nam ze swoich własnych podwórek. Lenistwo nie pozwala im na spacery. Być może okolica nie jest szczytem argentyńskiego odludzia, tak jak Patagonia, jednakże jest miejscem pełnym bezludnej i wolnej przestrzeni.

05

Dowiadujemy się, że pomimo upływu lat nadal działa tu prawo zasiedlenia-zawłaszczenia. Otóż przebywszy kilkadziesiąt kilometrów wzdłuż rzeki odchodzi się od terenów oficjalnie uznanych jako posiadających w jakikolwiek sposób rozumianego właściciela. Oficjalnie są państwowe, lecz w rzeczywistości niczyje. Dociera się więc do ziem zupełnie dzikich, widywanych tylko przez obiektywy satelitów i oczy zwierzyny je zamieszkującej. Tak zwane szare tereny, na które można się wypuścić, postawić płot i w ten sposób być w posiadaniu działki. Oczywiście bez bieżącej wody, elektryczności czy zasięgu telefonicznego, ale wyłącznie dla siebie. Brzmi jak historia wprost ze słynnego Dzikiego Zachodu? Idziemy o zakład, że ten świat nadal pełny jest takich miejsc nie tylko w Ameryce Południowej. Mała porada – nie przejmujcie się notariuszami, lecz uważajcie na pumy, jeśli chcecie zawłaszczyć kawałek tego szarego torcika dla siebie!

17

Dobra, ale jak Y., 50-letni Francuz, znalazł się w Argentynie, w jakiejś zapadłej wsinie? Z pewnością nie do końca wiedział, czego chce i co przyniesie mu przyszłość. Wiedział natomiast, że może zmienić swoje życie i zaczął w tym kierunku działać. Toteż pewnego dnia miał dość „życia robota” – jak sam to określa – i postanowił kupić bilet w jedną stronę bez jednoznacznego zamiaru powrotu. Dla wielu istotnie człowiek ten stanowiłby okaz wariata – i to taki, który można byłoby pokazywać za pieniądze. Chłop rzucił świetnie płatną robotę w rozpędzającej się (i ciągle niepowstrzymanej) branży informatycznej. Za nic miał życie w paryskim luksusie, w którym mógł pozwolić sobie na to, o czym jego sąsiedzi mogli jedynie pomarzyć.

„Jak to?! Przecież osiągnął sukces!!!” – rzekłby niejeden zasapany karierowicz. Życie to jednak dla niego było piekłem, z którego, poprzez czyściec podróży, trafił ostatecznie do nieba. Znienawidził swoją motoryczną pracę, wymagającą od niego spędzania godzin w pozycji siedzącej w boksie przed komputerem, podobnymi uczuciami darzył miejskie życie, jego hałas, powietrze i jedzenie. Takie życie doprowadziło go ostatecznie do stanu depresji, z której potrzebował radykalnej ucieczki. Pewnego dnia powiedział „basta” i dotąd nie postawił już więcej nogi na starym kontynencie.

03

Przez trzy lata mieszkał z Majami w Gwatemali. Pomieszkiwał to tu, to tam – w różnych wioskach, gdzie indiańska kultura nadal jest żywa i ma się dobrze. W tymże egzotycznym zakątku prawie każdy nosi przy pasie maczetę – narzędzie pracy i broń zarazem – lecz w sercu pokój. Znane językom okcydentu pozdrowienia tj. „cześć” czy „dzień dobry” nie istnieją w języku Majów. Jego spirytualistyczny charakter nakazuje witać się i jednocześnie pytać o kondycję ciała i duszy. Nieprzetłumaczalne konstrukcje. Y. twierdzi, że te kilka lat wśród Majów było jedną z najważniejszych lekcji w jego życiu. Ten kawałek przesmyku między obiema Amerykami co prawda nie cieszy się ani niskimi wskaźnikami przestępczości, ani nie jest zalecany jako potencjalny cel podróży, lecz jak to zwykle bywa – złą prasę zapewniają mu duże aglomeracje. Z reguły na wsiach ludzie są mniej skorzy do agresji. Tak czy inaczej, w Gwatemali mają dość poważny powód. W kraju tym bowiem, z daleka od miast, tubylcy załatwiają sprawy między sobą inaczej. Po swojemu. Tamtejszy niepisany kodeks karny jako karę za zabójstwo, włamanie czy kradzież przewiduje polanie benzyną w oczywistym celu. I ciao!

04

24

I tak ze swoją lubą, kilkuletnim synem i kolejnym, już w jej łonie dotarł do tego uroczego zakątka w Argentynie, z dala od Babilonii. Tam, gdzie delikatny szum rzeki pozwala myślom płynąć, a klarowne niebo pozwala dojrzeć ogrom kosmosu, w którym się znajdujemy. Z dala od miejsca, w którym się urodził uwił własne gniazdo. Babilonia, choć nie dosięga swoimi mackami tej nieznanej „leśnej wyspy”, pozostawia przykre namiastki swojego jestestwa. Drzewa porastające brzeg rzeki stanowią przykrą karykaturę świątecznych choinek. Foliówki i inne śmieci niesione nurtem z położonego nieopodal miasta, zaplątawszy się w ich gałęzie, niewyobrażalnie szpecą krajobraz. Sytuacja jest na tyle beznadziejna, że oczyszczenie brzegów rzeki z pozostałości bezmyślnych ludzi stanowić mogłoby alternatywną karę dla Syzyfa – doprawdy.

Czym jest rzeczona Babilonia? To rzecz jasna określenie systemu, którego najdonioślejszą emanacją są miasta. To w nich najlepiej widać jej odczłowieczająco-eksploatujący charakter. Życie w nich w wielu przypadkach porównać można do chomiczych kołowrotków. Rozkręconych na tyle, że nie pozwalają dojrzeć wyjścia z klatki. Ta bowiem jest idealnie przystosowana do zaspokajania potrzeb, z których większość jest uprzednio sztucznie wykreowana. Stosunkowo większe wynagrodzenia, rozrywki na wyciągnięcie ręki i szybka, bezmyślna konsumpcja. Wszystko kontrolowane, uporządkowane i bezpieczne. Pół życia w wykańczającej i nudnej pracy, której wszyscy tak potrzebują, i którą przecież tak kochają… Kto co lubi, ale zdaje się, że bycie Babilończykiem niesie niewspółmiernie mało korzyści względem szkód. Hola, hola! Czy to nie tylko jakaś dystopijna wizja? Dlaczego zaraz w tak niekorzystnym świetle stawiać najbardziej rozwinięte ośrodki cywilizacji? Widać gołym okiem, że niewiele w nich szczerej radości, spokoju, wolności i zdrowia. Hej, spójrzcie no, przecież można żyć… Inaczej!

13

Przez dwa tygodnie byliśmy nie tylko świadkami, lecz też uczestnikami idyllicznego życia pośród drzew. W niewielkiej chatce zbitej z desek i wszelkich rzeczy, mających jakikolwiek walor konstrukcyjny i poza nią, w jej uroczych okolicach. Jedna ze ścian na ten przykład została zaizolowana zużytymi ubraniami. Z estetycznego punktu widzenia pozostawia sobie wiele do życzenia, jednakże służy i to bardzo dobrze służy. Pan domu doskonale zdaje sobie z tego sprawę i z przekąsem określa tę część chatki jako wierną rekonstrukcję okopów z Sarajewa w niespokojnych czasach.

20

Chatka powstała całkiem niedawno i była budowana w potrzebie i w jej miarę nadal jest rozbudowywana. Sami dołożyliśmy do tego swoją „cegiełkę”. Budowniczy za nic ma luksus. Ba, gardzi nim – uznając, że to przejaw próżnej strony natury człowieka. Trudno odmówić mu konsekwencji. To nietypowe gospodarstwo domowe ograniczone jest bowiem do minimum tego, co potrzebne i użyteczne. Jest więc prąd i bieżąca woda, która może być nawet podgrzana. Nie marnuje się ona – trafia wprost do ogródka, toteż zalecane jest nieużywanie zbyt dużych ilości detergentów. Na wyposażeniu domku jest też stara kuchenka gazowa, pozwalająca na pichcenie niestety na jednym tylko palniku bądź korzystanie z piekarnika. Nie ma natomiast ani lodówki, ani zmywarki, ani mikrofalówki, ani też automatu do kawy.

09
14

Życie w ten sposób nie musi oznaczać kompletnego odcięcia się od świata i biegnących zeń informacji. Chyba, że ktoś poczytuje brak w domu dezinformującego pudła, jakim jest telewizor za coś złego. Internet, choć powolny, w zupełności wystarcza. To dzięki niemu Y. nie tylko pozyskuje gości-pomocników poprzez stronę helpX, lecz także korzysta z poradników dotyczących uprawy roślin, odżywiania czy możliwości wykorzystania przedmiotów, które zazwyczaj wylądowałyby na śmietniku.

Pobyt u Y. nie pozwalał na przepracowywanie się. Już na początku zaznaczył on, że pracować można tu tylko, gdy wszyscy mamy na to ochotę. Wobec czego przystępowaliśmy do niej rzadko. Ciężko bowiem o moment, w którym trzem osobom jednocześnie zachce się pracować. Nie znaczy to, że zrobiliśmy mało. Gdy bowiem już zabieraliśmy się do roboty, robiliśmy ją porządnie i przykładnie, aż do osiągnięcia efektu. Ten kontrowersyjny tryb pracy sprawdził się bardzo dobrze. Praca bowiem przynosiła radość i satysfakcję. Ale czegóż innego spodziewać się po miejscu, w którym przebywanie ma być czystym odpoczynkiem?

Gorąc, który karał nas notorycznie i wynikająca zeń potrzeba schłodzenia podsunęła nam pomysł ulepszenia tego mikro-gospodarstwa. Zaproponowaliśmy więc podziemną lodówkę. Y. niezwłocznie zaaprobował tenże pomysł i już następnego dnia przystąpiliśmy do kopania. Razem z gospodarzem. Mocno udeptana i kamienista ziemia, stanowiąca podłogę kuchni, znacznie utrudniła powiększanie tak głębokości, jak i szerokości dziury. Efekt warty był dłubania – proszę bardzo, darmowe chłodzenie napojów.

19

Kolejnym kluczowym zadaniem była konstrukcja kamiennego pieca. Takiego, aby móc przyrządzić asado, chleb albo nawet upiec pizzę. Niewielki, lecz wystarczający. Kamień jest w zasięgu ręki, właściwie ciężko znaleźć miejsce bez niego. Dlaczego więc go nie wykorzystać? Co prawda betoniarki nie ma, lecz przecież cement można rozrobić za pomocą łopaty w taczce. Trochę mechanicznych ruchów i gotowy do spajania kolejnych kamieni i formowania z nich konstrukcji. Kolejnym etapem będzie obudowanie chatki tymże surowcem. Zapewne za kilka lat chatka przerodzi się w zamek.

22

Jak utrzymać się egzystując poza Babilonią? Zapewne zgadujecie, że z wszelakich pożytków natury. Byłoby całkiem prosto z własnym ogrodem i zwierzętami, lecz Y. nie posiada nic ponad dwa psy oraz skromy ogródek, w którym rośnie marchew i pomidory. To, z czego uzyskuje plony to rzemieślnictwo – przez lata podroży parał się ręczną robotą, dzięki której ongiś utrzymywał swoją rodzinę w podróży. Spod jego ręki wyszły tysiące drobnych dzieł – pierścionki, naszyjniki, fajki i inne mniej lub bardziej finezyjne cacka. Ostatecznie, dzięki długiej praktyce, swoje rzemiosło przerodził w kunszt i obecnie sprzedaje swoje wyroby zdalnie, nie musząc bezpośrednio zajmować się sprzedażą. Poza tym zasila lokalny spożywczak we własne wypieki. Można to tu wszak robić bez babrania się z rejestrowaniem tejże działalności.

Pewno dnia, wyczołgawszy się z mikro-chatki (powierzonej nam jako miejsce do spania) udajemy się do kuchni by przygotować sobie śniadanie. Z głębi pokoju wyłania się Y. ze świeżo umytymi włosami, w białej koszulce polo, w okularach i w naddartych adidasach nie do zdarcia. Po chwili psika się perfumem w okolicach kołnierza, po czym sprawnie zawija go i oświadcza: „Transformacja zakończona, teraz jestem gotów by odwiedzić Babilonię”. Zakłada swój ogromny plecak i opuszcza las zostawiając domek pod naszą opieką. Pora uzupełnić zapasy. Należy zatem dobrze się zakamuflować. Najbardziej typowy strój, by najmniej rzucać się w oczy. Zarabianie pieniędzy to jedno. Jednakże cały sekret tkwi w dobrze przemyślanych zakupach robionych jak najrzadziej to możliwe. W ten sposób domostwo zaopatrywane zostało za jednym zamachem. Jedzenia na cały tydzień.

Spokój czasem może być zmącony. Zwłaszcza jeśli wychowuje się dwóch nazbyt energicznych chłopaków, którzy co chwila ważą swoje siły próbując pokazać, który ma więcej do gadania. Y. zmuszony jest do notorycznego temperowania temperamentów obydwu synów. Starszy, poza uwielbieniem do seriali oraz gier komputerowych, sporą część czasu spędza buszując po swoim podwórku, czyli po lesie. Całe popołudnia łowi ryby różnymi metodami, wybywa gdzieś z mieszkającymi poza lasem kolegami bądź konstruuje różne przedmioty z drewna. Pewnego dnia zaskakuje nas wykonaną przez siebie kuszą.

02

12

Co prawda zamiast mechanizmu korbowego zastosował gumę, lecz reszta konstrukcji, wraz ze spustem, została zrobiona bardzo profesjonalnie. Innego dnia wykonuje pułapkę na zające z rozmyślną zapadnią. Wkraczający w „nastolactwo” i obdarzony dość uszczypliwym charakterem cwaniak zwraca na siebie uwagę z lubością prowokując otocznie. Tak czy inaczej – łatwy do zjednania sobie sokiem pomarańczowym z miejscowego kiosku.

Młodszy syn to duży, dzielny i silny czterolatek (co sam zresztą, za każdym razem, z niebywałą dumą podkreśla). Czasami próbuje dorównać bratu, a czasami ignoruje jego rozrywki poświęcając się wymyślonym przez siebie zabawom, z wymyślonymi przez siebie regułami. Z początku lekko zdystansowany, z czasem zaczyna traktować nas jak prawie jak rodzeństwo – nie mogąc zapamiętać naszych imion zwraca się do nas per hermano (brat) bądź hermana (siostra). Uroczy maluch (to znaczy – olbrzym!) co chwila zagaduje nas i absorbuje naszą uwagę, gdy tylko inni mają już dość. Dosłownie wchodzi nam na głowę, czasem na kolana, a czasem na „barana”. Nie pozostaje nam nic jak tylko zabawiać energicznego brzdąca na różne sposoby – pokazujemy mu słynne „idzie rak”, a on pewnego dnia pokazuje nam swój drewniany arsenał. Głównie to miecze i sztylety. Te zbitki z jasnych desek prowokują u nas pomysł wykonania zdobień za pomocą markera.

16

Mały wojownik jest zachwycony i odtąd traktuje ozdobione „ostrza” niczym największy skarb. Ten dzieciak jest nieustraszony. Gdy tylko nadarzy się okazja spieszy z pomocą i przykłada swoje drobne dłonie zarówno do budowy pieca, jak i do formowania chleba. „Tengo mucha fuerza!” (mam dużo siły!) – oznajmia z dumą po czym na dowód napina swój biceps, upewnia się, że wszyscy się z nim zgadzają, a zwłaszcza jego ojciec – „cierto, pa?” (jasne, tatku?).

Pierwszy raz zdarzyło się w trakcie naszej podróży, że wróciliśmy do tego samego miejsca. Między pierwszym a drugim pobytem w Casa Grande odwiedziliśmy państwa Torres (o których było w poprzednim wpisie) a następnie udaliśmy się do Los Hornillos (o czym będzie w kolejnym wpisie). Rincón Utópico znalazł się na naszej drodze na północ i chcąc zostać w nim tylko trzy noce, zostaliśmy kolejny tydzień. Po raz kolejny przybyliśmy w nocy, i to w samym środku nocy. Około godziny trzeciej. Nie chcąc zakłócać snu nikogo z mieszkańców leśnego gospodarstwa postanowiliśmy w zagajniku nieopodal rzeki rozbić namiot. Przystąpiwszy do jego rozkładania na nasze głowy zaczęły spadać krople deszczu, po chwili były coraz większe i było ich coraz więcej. Wtem dołączył do nich silny wiatr oraz pioruny. Nie mając gdzie się podziać zdecydowaliśmy się dostać na teren Y., tak cicho, jak to tylko możliwe. Ku naszemu zdziwieniu dokonaliśmy tego bezszelestnie. Psy znając już nas, nie były skore do szczekania, wydobywszy z siebie jedynie ciche piski stęsknionego powitania.

21

Zatem skryliśmy się przy zadaszonym stole na ganku chatki. I co teraz? Będziemy czekać na świt? Nie mając lepszego pomysłu zastygliśmy w oczekiwaniu. Nagle drzwi domku otworzyły się i pojawił się Y. biegnący wgłąb lasu za potrzebą tak nagłą, że zupełnie nas nie dostrzegł. Zdał sobie sprawę, że ktoś siedzi przy stole dopiero gdy wracał. Lekko zakłopotani witamy go jednocześnie przepraszając, że przybywamy tak późno. On jednak nie okazał żadnego niezadowolenia z tego powodu, a wręcz przeciwnie – uśmiechnął się szczerze i wyszeptał: „Witam, przyjaciele! Jak dobrze, że jesteście”. Do tego czasu burza ustała, toteż wskazał nam miejsce, w którym niezwłocznie rozbiliśmy namiot. Dał nam pomocną dłoń, życzył dobrej nocy i udał się spać.

Casa Grande stała się jednym z najważniejszych przystanków na naszej drodze na północ Argentyny, w kierunku Boliwii. W rzeczywistości jednak to także jeden z najważniejszych postojów całej naszej podróży.

01

Y., jak twierdzi, spełnia swoją rolę jako mężczyzna, gdyż podstawowe potrzeby rodziny są zapewnione – dach nad głową, miejsce do spania, ciepło oraz pożywienie. To jednak najmniej istotne. Przede wszystkim każdego dnia dba o ciepłe relacje w niej panujące. Co najważniejsze Y. pozostaje szczery z samym sobą i ze światem go otaczającym. Jego postępowanie odzwierciedla jego życiową filozofię. Zaś mały światek, który stworzył, jest owocem starań, jakich nie bał się w życiu podjąć by dokonać w nim zmiany. Dążenie do szczęścia i darowanie go otoczeniu to cel, którego nie należy pozostawiać poza zasięgiem ambicji.

Niezależnie od tego czy chcielibyśmy żyć w tak „dziki” sposób jak Y., to należy przyznać, że spędzanie czasu w tak niecodziennym zakątku okraszonym taką, a nie inną filozofią, jest doświadczeniem jedynym w swoim rodzaju. Poznawanie i doświadczanie innego sposobu życia to jedna z najważniejszych zalet podróży. Pozwala to nie tylko otworzyć oczy na realne życie, które dotąd zdawało się jedynie istnieć w sferze wyobrażeń, lecz także wyciągnąć wnioski konfrontując z nim znane nam dotąd sposoby życia. Przykład Y. dowodzi, że każdy jest kowalem swojego losu. Rzecz jasna w granicach rzeczy, na które może wywrzeć wpływ. Nie wystarczy tylko móc, ani tylko chcieć. Trzeba działać!

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s