górski kocioł

ø z deszczu pod dach

Nadszedł czas by zdobyć południowe krańce Córdoby. Oczywiście na szago, a co za tym idzie w oczekiwaniu na nowe przygody. Niedziela okazała się najgorszym dniem z możliwych by łapać stopa. Początkowe małe kilku- bądź kilkunastokilometrowe „skoki” sprowadziły nas na kontrastowe skrzyżowanie. W jednym kierunku, wiedzie w tym miejscu bujna, pełna pejzaży pagórzasta droga przeznaczona dla ludzi mających tego popołudnia zbyt dużo czasu oraz – w drugim kierunku – drogi szybkiego ruchu dla ludzi nie mających go zbyt wiele. I co gorsza – raczej wracających z prowincji do miasta, by następnego dnia znów oddać się rutynie pracy.

Tak też stoimy i ze smutkiem patrzymy na załadowane po brzegi samochody jadące w przeciwną stronę. W końcu znajduje się facet, który jedzie pracować na prowincję i w dodatku ma tyle czasu i dobrej woli, że postanawia zawrócić by nas podwieźć. Pomijając kwestię tego czy to bezinteresowność czy chęć zapewnienia sobie towarzystwa w trakcie półtoragodzinnej trasy – jesteśmy niezmiernie wdzięczni. Rozmiar szczęścia jakie nas wówczas spotkało pojęliśmy dopiero, gdy chwilę później na dach pojazdu, w którym już wygodnie siedzimy, spadać zaczęły strumienie wody.

Valle de Traslasierra i jej rozciągliwe wioski znajdujące przy jedynej drodze w korytarzu pomiędzy górami szczytami przyciągają nas, by odkryć piękno w nich skryte. Tam też, dzięki złapaniu szczęśliwego stopa droga szybkiego ruchu przerodziła się w drogę widokową na niezwykle malowniczych wysokopiennych terenach pełnych krętych podjazdów i zjazdów. Wkrótce znaleźliśmy się w – na pierwszy rzut oka – niemrawej wiosce. Los Hornillos, to tylko jedna z podłużnych przydrożnych osad.

 

ø ręce do pomocy

Korzystamy z okazji niesienia pomocy w ramach wolontariatu i poniekąd dzięki temu wizyta w tym miejscu staje się możliwa. Z ekonomicznego punktu widzenia. Nie mniej zawsze cieszy nas możliwość poświęcenia swoich sił i czasu by pomóc lokalnym i przy okazji nauczyć się czegoś nowego. Gdy, rzecz jasna, wszystko odbywa się w ramach obopólnej korzyści. Po przemierzeniu polnej, krętej i błotnistej drogi docieramy, a tymczasem tarcza słońca zatapia się już za poszarpaną linią gór. Nasz cel to miejsce zaskakująco spokojnie i pięknie – dom u podnóży gór, z dala od czasem mniej, a czasem bardziej hałaśliwej szosy. Nie chcąc uprzedzać się do niemiłych doświadczeń z urugwajskiego wybrzeża, postanawiamy znów pomóc biznesowi turystycznemu.

Wszystko zapowiada się dobrze. Czeka na nas kolacja, a gospodarze są bardzo mili i skorzy do rozmów. Nie skrywają dalekowschodnich inspiracji (w przypadku miejsca, w którym się znajdujemy można by rzec równie dobrze dalekozachodnich). Obrazki i posążki z Buddą i hinduskimi bożkami zdobią wnętrze domu, jak i ogródek. Gdy jednakże podpytujemy o te kwestie spotykamy się z banalnymi odpowiedziami i niewielkim zaangażowaniem w kwestii wytłumaczenia tego, w co gospodarze przypuszczalnie wierzą. Pozostawia to jeszcze większy niesmak niż kontradykcja religijna, z jednej strony buddyzm, a z drugiej hinduizm – tak jakby obie religie stanowiły to samo bądź w jakikolwiek sposób się uzupełniały.

14

Nazajutrz rozpoczynamy pracę. Przed nami niezbyt ciężkie, lecz pracochłonne zadanie. Gospodarze zażyczyli sobie, by wypicować ogród. Dosłownie. Polegać ma to na oczyszczeniu okolic znajdujących się w nim głazów z roślinności oraz obcięciu niżej osadzonych gałęzi szczupłych drzewek go porastających. „Tak, żeby potem można było to łatwo wykosić kosiarką”. No tak – ma wyglądać niczym japoński ogródek. Problem tkwi jednakże w tym, że do takiego ogródka należy mieć nie tylko inny rodzaj drzew, lecz przede wszystkim inny klimat. Zadanie to wydaje nam się oczywiście bezsensowne od samego początku. Nie dość, że zajmuje ogrom czasu i jest nudne, to jakby tego było mało – wygląda sztucznie i po prostu mało estetycznie. Ta fantazyjna wizja tak nimi zawładnęła, że uznali jej najwyższy priorytet i do tego właściwie ograniczyli zakres naszych obowiązków.

Jak dobrze, że zostajemy tu tylko tydzień – zgodnie dochodzimy do tej smutnej konstatacji. Drugiego dnia okazuje się jednak, że mamy zwinąć się dzień wcześniej, gdyż przyjeżdżają znajomi domowników i tymże musimy zwolnić pokój. Ironia losu sprawia, że ciężko nam z tego powodu wyrazić ubolewanie. Może wbrew oczekiwaniom gospodarzy. Ustaliwszy wcześniej, że chcemy wyprawić się w góry, wpadamy na pomysł poświęcenia na to właśnie tego, ostatniego, dnia. Dni mijają, a my coraz bardziej zanudzamy się bezcelową pracą i towarzystwem rodziny, która całymi dniami tkwi w domu lampiąc się w telewizor i nie sili się nawet na robienie tego w pozycji lotosu. Codziennie sumiennie wykonujemy powierzone nam zadanie, zgodnie z umową. A ogródek zaczyna łysieć i tym samym nieudolnie przypominać wyśniony przez nich ideał.

16

 

ø spod dachu na deszcz

I tak wszystko postępuje do czasu, gdy pewnego ranka na Los Hornillos spadają sążniste słupy wody ze szczelnej kapy oberwanych chmur, które przykryły górską przestrzeń już nocą. Praca w ogrodzie zatem przestaje mieć rację bytu, my zaś mamy zostać w tym miejscu jeszcze dwa dni. Nic z tego. Spokój śniadania zakłóca nam pani domu, która przerywając prasowanie ubrań beznamiętnie oznajmia nam, że musimy już dzisiaj opuścić jej dom. W pierwszej chwili myślimy, że się przesłyszeliśmy albo, że testuje nasze poczucie humoru. Nic bardziej mylnego – pytamy więc o przyczynę tej szokującej decyzji. „Wasze obyczaje nie pasują do naszych obyczajów” – tak lakonicznie zostaje nam to „wytłumaczone”, a gdy próbujemy dowiedzieć się więcej nie otrzymujemy żadnych wyjaśnień. Nie zamierzając truć się toksycznymi ludźmi zwijamy swoje manatki i czym prędzej wychodzimy, a gospodarze niewzruszeni patrzą jak wydostajemy się z ich pseudoorientalnego przybytku w deszczu. Czyżby przyszło nam pożegnać się z Los Hornillos?!

Przestrzegamy! Z pracą wolontariacką bywa różnie. Czasem wydaje się, że jest to niestety loteria o skrajnych wygranych. Tak wynikałoby z naszych doświadczeń. HelpX zdecydowanie potrzebuje aktualizacji. Nie można bowiem liczyć na coś godnego nawet pomimo pięciu gwiazdek w recenzjach wolontariuszy, którzy odwiedzili dane miejsce. Tak jakby nie dało się dać komuś zasłużonej jednej czy dwóch. W efekcie nigdy do końca nie wiadomo gdzie się trafi. A doprawdy, lepsza już nudna praca, aniżeli nudni ludzie. Gorzej jeśli są wredni, ale chyba jeszcze gorzej, jeśli są całkowicie sztuczni, a ich głównym zajęciem jest stwarzanie pozorów tych, kim nie są. I tak wyglądała cała tzw. agroturystyka w Los Hornillos, której pomagaliśmy stwarzając pozory japońskiego zagajnika. Trzeba jednak przyznać, że gospodarze wstrzelili się w niszę i ściągnęli gości podobnych sobie. Ci bowiem, w przerwach między oglądaniem telewizora cały dzień przesiadywali na baseniku znajdującym się na owej działce. Nie skorzystali nawet w najmniejszym wymiarze z tego, co oferuje okolica – zarówno gospodarze, jak i goście. Gdy pytaliśmy o góry, odpowiadali, że nie lubią chodzić, gdy pytaliśmy o muzeum Rocsen odpowiadali, że coś słyszeli, ale nigdy nie byli (przekroczyliśmy progi tego niesamowitego muzeum – o czym w następnym wpisie).

Radzimy kierować się intuicją. Jeśli w jakimś miejscu nie czujesz się dobrze – widzisz, że to ściema, ktoś nie traktuje Cię z szacunkiem, gospodarz umawiał się na co innego, a potem coś kręci lub dzieje się cokolwiek równie nagannego – mów CIAO i uciekaj! Nie pozwól zmarnować dni swojej podróży na przebywanie w toksycznej sytuacji. Aha! Nie zapomnij potem poprzez internet odpowiednio zaopiniować takich ludzi – nie po to, żeby im się zrobiło głupio, lecz po to, żeby ostrzec przyszłe ofiary paskudnych gospodarzy.

 

ø złapani na stopa przez cieślę

Nic straconego (jeśli można w ogóle mówić o stracie w przypadku tak załganych ludzi). Spadamy na cztery łapy. Dwa dni wcześniej, gdy wydostawaliśmy się tą samą błotnistą drogą by zrobić zakupy w wiosce, podwózkę proponuje przejeżdżający tą samą drogą Francuz. Jak się okazało, to podróżnik, który również pracował wolontariacko, lecz od roku osiadł w Los Hornillos wraz ze swoją żoną, Argentynką. W trakcie krótkiej podwózki opowiadamy co nas sprowadza do tej górskiej mieściny, a ten zaprasza nas byśmy złożyli mu wizytę. Skoro znaleźliśmy się na lodzie, to nie przyszło nam nic innego, niż tylko pośliznąć się we właściwym kierunku. Niecałe dwa kilometry dalej od miejsca, w którym odtwarzaliśmy florę kraju kwitnącej wiśni, za bramą ozdobioną słonecznikiem, znajdował się mały, drewniany domek.

88

To tam, przy zakręcie górskiej drogi wiodą swój żywot R. i I. Zastajemy ich wieczorem, a te pracowite mrówki właśnie kończą swoje zajęcia. Na ich twarzach nie widać oznak zmęczenia, tak jakby bawili się pracując. Wysuwamy więc naszą propozycję – przez kilka kolejnych dni pragniemy dzielić się z nimi kosztami jedzenia i pomóc im w pracach w zamian za gościnę. Sytuacja bez innego wyjścia, ale po co komu ono skoro ma się tak świetne wyjście. Niezwłocznie rozbijamy namiot w uroczym lesie będącym częścią ich posiadłości i spędzamy bardzo miły wieczór przy okazji dowiadując się kim jest goszcząca nas młoda para. R. dysponuje ogromnym doświadczeniem w stolarstwie, pod tym kątem ukończył szkoły, by potem pracować – jeszcze we Francji – przy drewnianych konstrukcjach, a zwłaszcza przy domach na drzewie. Nie należy mylić tego z domkami na drzewie, które rodzice budują swoim dzieciakom na podwórku. To bowiem, co wyszło spod ręki R. to prawdziwe domy, w których każdy, kto nie cierpi na lęk wysokości, może mieszkać cały rok. Jeśli tylko chce.

10

I. przez piętnaście lat chwytała się różnych prac, głównie związanych z marketingiem. Położyła temu ostatecznie kres by w końcu zająć się terapiami naturalnymi i praktykowaniem yogi z mieszkańcami Los Hornillos. W ten sposób, poprzez rozwijanie swoich pasji, może zarobić na życie w milszych okolicznościach natury, aniżeli w hałaśliwym mieście. Do tego każdego dnia eksperymentuje w kuchni, a z pod jej rąk wychodzą wegetariańskie wyśmienitości.

Co Ci młodzi ludzie planują w przyszłości? Dopiero nabierają rozpędu, a plany mają ambitne. W trzy miesiące R. postawił sobie i swojej żonie przytulną chatkę z drewna. W czasie, w którym tam byliśmy, budowany był jej ostatni element – łazienka wraz z prysznicem. R. chce dzielić się swoim stolarskim rzemiosłem z ludźmi pragnącymi nieść mu pomoc w pracy. Choć już zarabia na okolicznych zleceniach, to oboje w przyszłości chcą poświęcić się prowadzeniu agroturystyki i w ten sposób zapewnić sobie kolejne źródło dochodów z wynajmowania domków na drzewie turystom, którzy może nie w dużym nakładzie, lecz pojawiają się w Los Hornillos.

To młode małżeństwo okazało nam tak ogromne serca, że nie wyobrażaliśmy sobie nie użyczyć im naszych rąk do pomocy. Przy bramie wjazdowej ziemia obrodziła w bambus. Ta szalona roślina tak rozpanoszyła się w tym miejscu, że zasłoniła cały dostęp do światła i wykurzyła wszystkie inne formy korzennego życia. Przez dwa poranki zajęliśmy się wywożeniem na przyczepie pickupa całych stert witkowatego intruza. Być może dzięki temu w bramie pojawi się więcej słonecznika, który dzięki pozbyciu się bambusa zyskał większe pole manewru.

 

ø coś smacznego dla każdego

Kultura rękodzieła sprzedawanego na ulicy (artesanías) ma się w tych stronach wyśmienicie. Uzmysłowiła nam to kilkugodzinna wizyta na skwerku w Villa de las Rosas, dokąd zabrali nas pewnego dnia R. i I. W tej niewielkiej miejscowości upstrzonej zewsząd różami (co dobrze koresponduje z jej nazwą) cały ryneczek zaroił się także od stanowisk prowadzonych przez ludzi pochłoniętych przez swoje talenty i żądnych ich sprzedania. Naszym oczom ukazała się ciasno zastawiona stolikami przestrzeń, w ramach której można było wydać pieniądze na rzeczy naprawdę tego godne. Ręcznie robiona biżuteria, figurki, obrazki i mnóstwo innych rzeczy z różnych bajek.

77

Była to jednak przede wszystkim prawdziwa oaza dla wyposzczonych miłośników kuchni. Dlaczego wyposzczonych? O Argentynie mówi się, jako o mieszance kulturowej, lecz pomimo przeważających korzeni włoskich i hiszpańskich uliczne jedzenie nie ma nic wspólnego z tymi częściami globu. Na co dzień, przechadzając się po ulicach, na pewno nie uświadczysz tego, z czego słynie Italia czy półwysep Iberyjski. Takie rzeczy tylko w menu restauracyjnym, na co z reguły nie mogliśmy sobie pozwolić. To, co zjesz poza lokalami to typowy fast-food znany nam z Polski oraz empanadas (smażone bądź pieczone pierogi z mięsem). Tylko wołowina o wiele lepsza. Po przybyciu na jarmark do różanej wioski, nasze ślinotoki zaczęły pracować szybciej, a w głowie kołowało się od różnorodnych wariacji, które oferowały rozstawione tu i tam stanowiska.

66

Z buchających garów serwowano jedzenie nie tylko tradycyjne dla Argentyny, lecz pochodzące z Turcji, Izraela czy z innych krajów o bogatych tradycjach kulinarnych. Doskonała okazja by spróbować niebanalnych połączeń i by wreszcie poczuć się obżartym za wszystkie chude czasy.

 

ø zapedałował aż tutaj!

Na jednym z rogów tego gwarnego placyku wpierw usłyszeliśmy, a potem zobaczyliśmy grajka. Skoczna muzyka i mnóstwo popularnych hitów. W ręce dzierżył wysłużoną gitarę, na szyi zamontowaną miał harmonijkę, a między podeszwą sandała i skarpetą kawałek drewna z kilkoma talerzykami od tamburyna. Tuż przed nimi stał roztwarty futerał, w którym połyskiwała sterta drobniaków przygniatających papierki o większym nominale. Sandały i skarpety… czy to nie brzmi znajomo? Tak! Pierwsza myśl była trafna, co szybko potwierdziła mała biało-czerwona flaga powiewająca z ustawionego obok niego roweru. Okazuje się, że to na nim przejechał pół świata nim dotarł do Argentyny.

46

Przyglądaliśmy się ulicznemu koncertowi przez kilka kawałków, po czym w przerwie rozpoczętej oklaskami powiedzieliśmy „dzień dobry!” – od dłuższego czasu nie po hiszpańsku. Brodaty okularnik błyskawicznie zerwał się na nogi ze swojego stołka, tak, że z jego głowy niemalże spadł jego rybacki kapelusz. Przerwa w graniu przedłużyła się na jakieś dziesięć minut, gdyż muzykant wylał z siebie rzekę opowieści, choć miał tylko po krótce streścić nam swoją dwukołową tułaczkę. O dziwo wokół nas zgromadziło się na tę chwilę jeszcze więcej widzów, tak jakby próbujących w jakiś sposób zrozumieć o czym rozmawiamy.

Rafał, pomimo, że przepedałował na swoim rowerze już ponad sto tysięcy kilometrów nadal nie ma dość. Podróż trwająca już dwanaście lat stała się bowiem jego życiem, pasją i jednocześnie pracą. Jak twierdzi, od tylu lat nie przejmuje się niczym tylko stanem swojego głosu oraz powiększaniem i doskonaleniem swojego ulicznego repertuaru. Dzięki temu bowiem może zarabiać na jedzenie oraz spanie, a gdy już mu się znudzi w jednym miejscu – wsiada na swój wehikuł i wyrusza dalej. Z dumą podkreśla, że było to najlepsze wyjście z beznadziejnej sytuacji, w której przyszło mu żyć w Europie – gdy pracował od ósmej do szesnastej i stopniowo wypalał się tym trybem życia.

Zdecydowaliśmy wybrać się razem z nim na winko, by podzielić się z nim chwilą i historiami. Zaczął od objazdu Europy, w tym całej Skandynawii, by potem wypuścić się poprzez Bałkany do Turcji, dalej do Egiptu oraz na samo południe Afryki. Niestety jego rowerowa przeprawa przez ten kontynent została przerwana w połowie w tragiczny sposób. Został uderzony przez kierowcę rozpędzonej ciężarówki, który próbował go wyprzedzić. Uderzenie było tak potężne, że złamało mu kręgosłup i skruszyło mu czaszkę, w efekcie czego stracił świadomość na niemalże miesiąc. Lekarze byli przekonani, że nie wyjdzie z tego żywy, a w najlepszym z możliwych przypadków – choć mało prawdopodobnym – do końca życia będzie poruszał się na wózku. Życie zawdzięcza przyjaciołom, którzy w tym czasie podróżowali razem z nim. To oni zainterweniowali natychmiastowo by Rafał znalazł się w najlepszym z możliwych szpitali w okolicy. Ostatecznie nie dość, że przeżył, to ma się na tyle dobrze, żeby nadal jeździć i zdobywać kolejne kawałki ziemi. Człowiek ten miał na tyle dużo determinacji, aby wrócić do miejsca, w którym omalże pożegnał się z życiem i kontynuować podróż na południe Afryki. Gdy już tego dokonał, złapał jachtostopa na Karaiby i w ten sposób rozpoczął kolejną wyprawę na kolejnym kontynencie.

Co prawda nie zgromadził żadnego majątku i w ten sposób zgromadzić nie może, lecz ten tryb życia czyni go szczęśliwym, toteż ciągnie go wraz z rowerem. Ciągnie, dopóki może i niewykluczone, że dotarł do swojej mety lub przynajmniej dłuższego postoju. Gdy go spotkaliśmy, był w trakcie „wakacji” od podróżowania, gdyż w Villa de las Rosas siedzi już dobrych kilka miesięcy, twierdząc, że czeka na właściwy moment by wyruszyć dalej. Na to się jednak nie zanosi w najbliższej przyszłości, został bowiem usidlony przez Argentynkę, z którą za miesiąc bierze ślub. Czyżby jednośladowa podróż niebawem przerodzi się w dwuśladową?

16

Sprowokowani imponującym widokiem gór, u których podnóży znajduje się Los Hornillos, w końcu decydujemy się na zorganizowanie wyprawy tamże i z powrotem. Jeszcze bardziej podjudza nas do zmierzania się z pobliskimi szczytami to, że lokalne biuro informacji turystycznej jednoznacznie odradza wybieranie się w nie bez przewodnika. Brzmi jak przygoda! Zdaje się, że to nic więcej jak turystyczna dezinformacja. O ile bowiem szlak nie jest łatwy do odnalezienia, to jeśli już się na niego wkroczy, to ciężko się zgubić.

 

ø którędy na szczyt?

We wkroczeniu na właściwą ścieżkę pomaga nam starsza pani – miłośniczka gór, która zażywa kąpieli słonecznej nad górką rzeką, do którego źródła zamierzamy dotrzeć. Wystarczy tylko podążać za piramidkami mniejszych kamieni ułożonymi na większych. To dostatecznie służy jako drogowskaz.

08

09

Ścieżka na początku radykalnie wznosi się, by potem przerodzić się w serię mniejszych zejść i podejść. Po drodze można uświadczyć pozostałości po górskich gaucho – dwa kamienne domki. Pierwszy z nich to malownicza ruina, w której można spocząć w cieniu, drugi zaś przerobiony został na schronisko. Niezbyt przytulne, bo zimne i pozbawione okien. Bardziej jak cela.

77

Gdzieś po drodze natykamy się na magiczny zakątek – zagajnik płaczących wierzb nad niewielkim bagiennym rozlewiskiem, obok którego – w gęstwinach – czai się bydło szukające cienia i wodopoju. My odpoczywamy raz na głazie, a raz w cieniu pochyłych drzew, zaś byki rzucają nam niepewne i nieco zdziwione spojrzenia. Starsze trzymają dystans, młodsze natomiast ciekawsko podchodzą by po chwili pierzchnąć gdy wykonujemy co bardziej gwałtowne ruchy.

01

Kolejne schronisko znajduje się o wiele wyżej, w kamienistych partiach gór wystawionych przez niemalże cały dzień na słońce. Toteż nie rośnie tu nic innego, jak tylko nieliczne krzaczki i porosty. Całe szczęście mamy nakrycia głowy oraz spore zapasy wody i jedzenia. Bez tego ani rusz w góry. Być może to oczywiste, lecz nie dla wszystkich. W drodze powrotnej bowiem, schodząc z góry słyszymy krzyki brygady pięciu facetów, którzy pytają czy mamy wodę. Gdy zbliżamy się do nich, nie pojmujemy jak dorośli ludzie mogą być tak nieodpowiedzialni. Nie mają ze sobą nic do picia, a czterech z pięciu nie ma na głowie nic co uchroniłoby ich od biczów słonecznych. Wszyscy chodzą też bez koszulek, więc woda wylewa się z nich ciurkami. Mieli szczęście, że przed nimi tylko godzina drogi do źródła – inaczej mogliby już dzwonić po pogotowie, jeśli złapaliby zasięg telefoniczny.

07

 

ø schronienie dla każdego

Drugie schronisko ulokowane zostało w niegłupi sposób – w przestrzeni między dwoma górskimi „murami”. Dzięki temu możliwe stało się częściowe odizolowanie tego miejsca od silnych wiatrów. W okolicy tego domku, zapewne dzięki częściowemu osłonięciu przed słońcem rośnie sobie niewielki lasek drzewek o nazwie tabaquillo (z łac. polylepis australis), toteż możliwe jest zaopatrzenie się w drewno na opał. Dodatkowym atutem tego drewna jest warstwowa, sucha kora, która przypomina bibułę. Świetnie zatem sprawdza się na rozpałkę.

04

Cudownym aspektem tego miejsca jest też źródełko, które znajduje się odeń niecałe trzy minuty w dół wąwozu. Można zatem uzupełnić zapasy wody i zażyć orzeźwiającej kąpieli. Najważniejszą z zalet okolic jest zdecydowanie rozległa panorama, na której jak na dłoni widać przestrzeń w górskim tunelu, jakim jest Valle de Traslasierra.

05

03

Schronisko jest zwykłą drewnianą chatką z wejściem od frontu oraz od tyłu, przez które przejść można do kuchni polowej. Tam znajduje się niewielki kamienny piecyk oraz stół wraz z dwoma ławami. Wnętrze schroniska jest dość skromne, choć jak na takie odludzie – jest to swoisty luksus. Na podłodze bowiem ulokowane są dwa materace, a pod sufitem zawieszona jest metalowa szafka ze szczelnymi zamkami (coby gryzonie nie mogły nic podkraść). W niej widnieją różne przedmioty pozostawione przez poprzednich gości. Począwszy od świeczek oraz zapałek, papieru toaletowego i kart do gry, poprzez sól, makaron czy ryż, a skończywszy na winie w kartonie i kilku papierosach. Miły gest, który wielu nieprzygotowanym może uratować tyłek, kolację czy rozrywkę.

50

To pierwszy szczyt, który zdobyliśmy podczas naszej podróży. Być może jego wysokość nie jest imponująca (ok. 2000 m.n.p.m.), ale dojście doń wymaga przygotowań, czasu i wysiłku. Nic to jednak nie znaczy w obliczu satysfakcji, którą można osiągnąć będąc tak wysoko i patrząc w ciszy na niknące w dali wioski.

06

Warto udać się do tak ustronnych partii gór by znaleźć się z dala od cywilizacji, w sytuacji, w której jest się wolnym i zdanym tylko na siebie. Całkowita prywatność i święty spokój. Pustelnia pod szczytami gór, w której ciężko o niespodziewanych gości.

14

Pobytu pośród wiosek doliny Traslasierra nie sposób będzie zapomnieć. Ten jedyny w swoim rodzaju, spokojny zakątek ułożony w wąskim przesmyku emanuje unikalną atmosferą. To tutaj delikatny powiew i ciepło promieni słonecznych z gracją zamieniają się w orzeźwiającą ulewę, by potem przeobrazić się w cienkie pasma mgły, które stopniowo podnoszą się by objąć góry i zaraz po tym stać się chmurami. Naszą podróż po raz kolejni uratowali Dobrzy Ludzie, którym chwała za to, że nie przestają nimi być. Gdyby bowiem nie R. i I., do dziś przeklinalibyśmy Los Hornillos. Nie moglibyśmy sobie bowiem pozwolić nawet na opłacenie pola namiotowego, które w tym miejscu byłoby niedorzecznie drogie.

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s