porron-iony pobyt

Bywa, że na mapie pojawiają się nagle niespodzianki. I czasem wystarczy ją tylko otworzyć. Gdy niesiesz się z zamiarem wybrania się w danym kierunku świata – warto zerknąć co jest po drodze. Najprostsza z nich bowiem może okazać się nudna, toteż można zrobić mały zakręt by znaleźć się między salinami. Nawet jeśli nie są gigantyczne i na tyle imponujące. Tak, jak mogłoby się wydawać tylko na pierwszy rzut pochopnego oka.

Wybieramy się drogą poprzez tereny słynące z odwiedzin cywilizacji poziaziemskich. Mnóstwo ludzi jest zdania, że  notorycznie latają im nad domem, ale nigdy nie mieli okazji przyjąć ich na mate. Tak, Capilla del Monte aż trzeszczy historiami o NOL (vel UFO). Jako, że znów próbujemy szczęścia w łapaniu autostopa, to trzymamy się drogi przez cały czas i mamy mnóstwo okazji do jej obserwacji – spędzamy w rowach, na poboczach i na samym asfalcie sporo czasu. Przed wyschnięciem z głodu i pragnienia na jałowych rozdrożach ratuje nas przydrożna chata, gdzie raczy się domowym salami, serem i chlebem. Wracamy na drogę i nadzieja znów nas opuszcza. Wnet zatrzymuje się pewien rozmyślny facet, litując się nad spażonymi słońcem śmiałkami. „Tylko pięc kilomentrów” – powiedział. Pięciominutowy skok, na który wyczekiwaliśmy z ubolewaniem przez dwie godziny. Jak długo jeszcze smażylibyśmy się na tej przydrożnej patelni? Człowiek ten wybawił nas z utknięcia w tej pułapce między rozgrzanym asfaltem, a prażącym skórę słońcem.

09

Skrzyżowanie, na którym nas wysadził cieszy się tylko trochę większym powodzeniem, niż poprzednie. Wkrótce widzimy jak ktoś nas woła i macha z paki nadjeżdżającego pojazdu w niezrozumiałym geście. Czyżby ten przeładowany ludźmi furgon miał zamiar wieźć nie dziesięciu, lecz dwunastu? Tak. Tabun zatrzymuje się, a z kabiny mówią, żeby wsiadać. Ruszamy, lecz niezbyt zauważalnie. Silnik powolutku nabiera prędkości, aż dochodzi do swojego limitu. Pięćdziesiąt kilometrów na godzinę – konstant. I dobrze się składa, bo wiatr nie urywa nam głów, lecz zaledwie rozwiewa nasze czupryny. Próbujemy pytać współpasażerów dokąd zmierzają, skąd jadą i co ich sprowadza w takiej ilości na pustynnym odcinku drogi. Odpowiedzi są bardzo niezrozumiałe – do tego stopnia, że nie jesteśmy pewni czy castellano cokolwiek nam pomoże. Okazuje nam się to jasne, zostaliśmy zabrani przez cygańską trupę. Jedno jest pewne. Stanowimy ciekawy punkt obserwacji dla reszty załogi. Nasi towarzysze wpadają na orzeźwiający pomysł, niestety w przydrożnej wiosce piwo zostało już wypite. Jedziemy więc dalej w milczeniu wymieniając się spojrzeniami.

Urokliwe przedmieścia Dean Funes pełne obdartych murów wiodą nas do wymarzonego piwa. Złaknieni ochłody wypijamy je w cieniu w dość szybkim tempie. Nagły przypływ gorąca tak siarczyście uderza w nasze skronie, że zastanawiamy się czy nadal jesteśmy w Argentynie. Wykurzamy czym prędzej z tejże mieściny, żywiąc nadzieję, że w miejscu, do którego zmierzamy nie panował podobny klimat. Nasze życzenia zostają zmiecione niczym żółw z autostrady. Ktoś tu rozkręcił piekarnik na full. Ratuj się kto może! Promienie słoneczne odstraszają nas niczym parę wampirów. Szukamy ochłody i szybko przeskakujemy z cienia do cienia. W końcu znajdujemy ganek, pod którego dachem niespiesznie spijają złocistą śmietankę miejscowi panowie. Od niechcenia wymieniają się ulotnymi spostrzeżeniami, prawdopodobnie skupiwszy się na szczególe odróżniającym ten dzień, od poprzedniego.

07

Lucio V. Mansilla wita nas w samo południe, i to dość niemrawo. To nie żaden pan, to wioska, która ciągnie się jak tory, które ją przecinają i jak czas, który tutaj posuwa się jak lokomotywa ciągnąca wyjątkowo ciężkie wagony. Przypomina nieco miejscowości znane z westernów. Główna, szeroka na cztery pasy, piaszczysta ulica, a wzdłuż niej, ciasno ułożone budynki. Kiosk z małym okienkiem, przez którego kraty wygląda starszy pan sprzedający piwo, szkoła oraz duży sklep, a zarazem jadłodajnia. Od godziny jedenastej do szesnastej jednak ciężko spotkać tutaj żywą duszę na ulicy – tylko wspomniani piwkujący panowie, dla których te spotkania to część codziennej rutyny.

Wśród nich, w otoczeniu trzech psin, siedzi señor Correa. Pomimo dość niewyraźnego sposobu mówienia wdajemy się z nim w dłuższą rozmowę i z tego, co mówi – okazuje się, że tutaj zupełnie nic się nie dzieje. Cóż zatem robić, jak nie siedzieć i pić?

01

„Widzicie tamtą stację kolejową? Tam mieszkam, razem z Barbitą (tłum. bródka), Ciegito (tłum. ślepy/ślepiutki) i Profesorem (tłum. nauczyciel)” – zagaja po dłuższej chwili milczenia ten starszy pan w czerwonej czapce. Zastanawiamy się cóż to za współlokatorzy i dlaczego na stacji mieszka nauczyciel. Señor Correa wybucha śmiechem i wskazuje na swoich czteronożnych kompanów. Zauważamy, że u pyszczka jednego z nich wisi pokaźna broda przypominająca dready posklejane ciemną plasteliną – niewybredna kolia sierści zlepiona zastygłym piachem.

08

Kolejny z nich natomiast, chodząc potyka się o próg ganka, bezbłędnie jednak odnajduje pana, by ten go głaskał. Profesor natomiast wygląda niezwykle poważnie i trzyma się od reszty na dystans. Nic dziwnego, jego właściciel twierdzi, że ukończył dwa kierunki na Uniwersytecie w Corodobie. Mądre spojrzenie tego psa zdaje się to tylko potwierdzać.

„Mam tam sporo miejsca, jeśli chcecie, to kupimy jeszcze po jednym i możemy przyjść pogadać do mnie” – wyskakuje z inicjatywą señor Correa. No cóż, ciężko odmówić. Zwłaszcza, że faktycznie nic innego, jak siedzieć w cieniu i chłodzić organizm, nie da się tu robić o tej porze. I tak leci, wpierw jeden porron (w argentyńskim żargonie to browar/piwsko w litrowej butelce), a potem drugi porron i kiedy myślimy, że już więcej nie ma – gospodarz zaskakuje nas kolejnym porronem. W końcu dopada go głód i wyciąga gar pełen mięsnej potrawy. Gdy pytamy co znajduje się w środku z poważną miną odpowiada, że to jaszczur, którego wczoraj upolował. Patrzymy w jego przekrwione oczy i przez chwilę wydaje nam się, jakby mówił prawdę.

Podczas rozmowy okazuje się, że ten samotnik od dwudziestu lat zawiaduje tą niewielką stacją kolejową. Na jej podwórzu stoi zbudowana przez niego, skromna, drewniana chata, której front zdobi szereg pustych butelek po piwie. Zaś dwa wagony stojące na końcu ślepego toru zaadpotowane zostały na kurniki. Señor Correa tłumaczy, że chociażby chciał się stąd ruszyć, to nie może – musi opiekować się swoimi trzema przyjaciółmi, którzy są dla niego rodziną. Zgodnie z nazwiskiem (correa oznacza smycz), człowiek ten przywiązany jest do tego miejsca. Poza tym zdaje się, że mu tu dobrze – pomimo, iż ten tryb życia byłby nam zupełnie obcy. Dało się zauważyć, że nasze towarzystwo było mu bardzo cenne, toteż zaproponował, że możemy przenocować w jednym z opuszczonych pokoi wchodzących w skład stacji. Samotność, która z pewnością doskwiera señorowi Correa, na chwilę została zażegnana. Podobono pomimo tego, że w Lucio V. Mansilla wszyscy go znają, to odwiedzin spodziewać się może sporadycznie. Życie tego pana toczy się niczym antyczny parowóz. Raz dziennie przyjmuje pociąg, raz dziennie uwalnia kury, by potem je zamknąć. Od czasu do czasu wyruszy do wioski, by kupić albo jedzenie dla siebie i swych psich druhów, albo piwo dla siebie i w nadziei na odwiedziny niespodziewanych gości.

02

Gdy zbliża się pora podwieczorku nadciąga wieszczący zmiany atmosferyczne potężna wichura. Spektakularnie rozwiewa wszechobecny piach i tworzy kłęby wzdłuż traktu kolejowego. Niezrażeni tym faktem zakładamy okulary, by uchronić oczy przed ziarkami piachu i opuszczamy stację kolejową. Zamierzamy odwiedzić salinę, przy której położona jest mieścina. Pomimo banalnie prostej drogi pogoda płata nam figle – zaczyna się ulewa. Jak dobrze się złożyło! Zastanawiając się w deszczu czy iść, czy nie iść zwróciliśmy na siebie cudzą uwagę. Widząc przechodzących nietutejszych, grupka pasjonatów bilarda i ich znajomych zaprasza nas do prowincjonalnego baru, a zarazem klubu sportowego. Ledwośmy zdążyli się powitać, a w nasze dłonie ląduje butelka, zgadnijcie czego?

15

„Tu można usiąść, my tu właśnie partyjkę mamy” – krzyczy zapraszająco głos. Otóż tak, właśnie są w trakcie, kilka bil już wylądowało poza stołem. Pomimo wypitej zgrzewki porronów panowie trzymają się dobrze i z taką samą pewnością siekają w bile. Tylko czasem chybią.  Zaczyna się lekkie podpytywanie skąd jesteśmy i co nas tutaj sprowadza. Tkwiąc w obserwacji tego, co dzieje się na bordowym stole, popijamy nie wiemy już z czyjej butelki. Nagle na zapleczu robi się jakaś zawierucha. Wychyla się z niej białowłosy pan w białych trampkach i polo oraz blondyn o pociesznej twarzy przykrytej skrzętnie okularami i czapką z daszkiem. Oboje trzymają zgadnijcie co w swoich dłoniach? Tymczasem czarna ósemka trafia do luki i teraz podobno nasza kolej by zagrać. Korzystając więc z uprzejmości ustawiamy pukające co chwilę o siebie różnokolorowe kule w trójkącie, białą gdzie należy i łapiemy za kije. Mamy wiernego obserwatora naszej gry, a zarazem doradcę. Nie wiedzieć czemu jego przekaz opiera się na migach, choć słyszymy, że zazwyczaj mówi. Postanawia jednak do nas wyrażać się poprzez precyzyjne i głęboko zaangażowane gesty.

Gra dobiega końca niemalże równocześnie z deszczem. Białowłosy pan wyciąga nas więc na zewnątrz i marszcząc czoło rozpoczyna swoje prywatne przepytywanie. Gdy już wie o nas wystarczająco dużo wybucha nagłym przypływem euforii i gościnności. Ta pierwsza po chwili zaczyna nam doskwierać – facet łapie nas za ręce i trzyma w serdecznym uścisku przez całą minutę. Po chwili luzuje uścisk, lecz niebawem znów przypomina mu się, że nie trzyma któregoś z nas za rękę. Postawia też okazać swoją sympatię klepaniem A. w potylicę. Brutalna, podchmielona miłość.

Nazajutrz jesteśmy przez Juancito (czyli Jasia – bo tak ma na imię ów pan) zaproszeni na ucztę, co potwierdza także jego kolega zwany Polaco (geneza tego pseudonimu jest trywialna – to blondyn). Oczywiście ma być asado i co potem – każdy wie. Grzecznie żegnamy się z panami oraz z deszczem i wyruszamy by ujrzeć jakaż to salina, gdzie w środku dnia jest prawie pięćdziesiąt stopni gorąca wedle Celsjusza. Trafiamy na zachód słońca, które właśnie wpada w głęboki pomarańcz, gdy jego promienie zmieniają spektrum poprzez gazosferę.

14

Nie spodziewamy się widoków znanych ze zdjęć z salaru Uyuni. I tak się staje, dostajemy zupełnie inną formację, gdzie sól miesza się z innymi składnikami gleby w jednym miejscu, a w innym, będąc w przewadze, tworzy błyszczące bielą płachty. Za nami biegnie miejscowy pudlowaty kundelek. Nie grzeszy mądrością, lecz emanuje entuzjazmem i lekko głupkowatym zacieszem, że może towarzyszyć nam w spacerze. Biedaczyna została osierocona na kilka dni przez swoich właścicieli, toteż na ten smutny czas znalazła sobie nowych przyjaciół.

19

23

Przed przebyciem tunelu kaktusów, w którym znajdowała się ścieżka prowadząca na tę salinę, docieramy do ołtarzyka Gauchito Gila. Rzezimieszka pochodzącego z Pay Ubre. Ten śmiałek w czasach dawnej XIX-wiecznej Argentyny był postrachem tych, którzy gromadzili skarby. Według legend, które nieznacznie różnią się pewnymi niuanansami, człowiek ten był w konflikcie z policjantem, który próbował poderwać tę samą bogatą wdowę, co on. „Stróż prawa” na jego nieszczęście zyskał poparcie braci zamożnej damy i tak Gil wpakował się w niełaski miejscowej śmietanki drobnomieszczańskiej. Wyklęty w własnym domu uciekł na poszukiwanie niebezpiecznych przygód i rozrywek. W mig zaciągnął się do jakiegoś wojska by pomordować sobie na wojnie i dorobić się przyszłości. Ta zabawa jednak mu się nie spodobała i zdezertował – za co został pojmany. Nie wiadomo do końca czym właściwie narobił sobie takiej biedy, lecz prawdopodobnie nie tylko tym, lecz także rabunkiami, rywalizowaniem z amantem w mundurze albo eliminowaniem członków nielubianej przez niego partii liberalnej. W całą, pełną tajemnic i niejasności sytuację wplątany jest także cud nagłego ozdrowienia syna komisarza, który wydał na Gauchito nakaz egzekucji, a potem modlił się doń w nadziei na uzdrowienie dziecka. Większość ludzi, praktykujących kult tego ludowego świętego uznaje go za bohatera w stylu Janosika bądź Robin Hooda. Historia nie ma dowodów na przebieg poczynań tego wąsatego zawiadiaki. Zgodność jest co do jedenego – ten wyjęty spod prawa wagabunda skończył dość brutalną śmiercią – powiesili go na drzewie za nogi i poderżnęli. Odtąd jego kaplice skąpane są w czerwieni, kolorze jego „niewinnej krwi”. Popularna legenda trwa nadal, a mijając wiele dróg północnej Argentyny przekonujemy się jak jest silna. Stał się świętym przestępców, ale podobno nie tylko…

03

06

Gdy kaktusowy las dobiegł końca spostrzegliśmy pustostan zajęty przez lokalne bezdomne psy, które po chwili solidnie nas oszczekały. Podobno to pewnego rodzaju schronisko, gdzie kilka osób dostarcza resztki jedzenia dla jego lokatorów. Pieski dają nam przejść bez pytania o dokumenty, jedynie szczekają.

18

16

Przed nami kawałek bielutkiej skały, kopy nieco bardziej oczyszczonej soli. Zatrzymujemy się na niej by okiełznać okiem całą nietypową przestrzeń. W dali dostrzegamy złom. To rdzawe szczątki ciężarówki i motoru. Chyba były tak stare i wysłużone, że komuś nie chciało się ich zabierać i zdecydował pozostawić je na pastwę słonej korozji.

20

21

Tworzą dość specyficzny, postapokaliptyczny obrazek, idealnie nadający się na scenografię filmu. Nie dostrzegamy jednak w oddali ani chłopca, ani jego psa, przynajmniej w fizycznej postaci. Jest jeno dziewczyna, chłopiec i piesek wałęsający się po tej białej pustyni. Całe szczęście apokalipsy nie było, więc możemy zawitać spowrotem do tej spokojnej wsi.

22

Señor Correa wita szerokim uśmiechem i znów chce częstować nas porronem. Wkrótce udajemy się spać na przeznaczonym dla nas kawałku podłogi w zapuszczonym pomieszczeniu tej zapomnianej stacji kolejowej. Przekonujemy się, że mieszkańcy Lucio V. Mansilla potrafią bawić się głośno i długo. Mimo tego, że stacja jest oddalona od najbliższych zabudowań co najmniej o kilkaset metrów, to przez długi, długi czas snu towarzyszy nam wyraźna i dość paskudna muzyka imprezowa. Lokuje się gdzieś w jego tle i powoduje, że ten czasem się wykoleja – i przebudzamy się. O ciszy nocnej nie ma tu mowy. To przywilej tylko tych, którzy są głusi. To chyba dość zrozumiałe w wypadku tego miejsca. Skoro przez większość dnia warunki są nie do zniesienia i skłaniają tylko do wegetacji w oczekiwaniu na wieczorną „bryzę”, to ludzie zaczynają drugą dobę wraz z zachodem słońca. W ten sposób wykorzystują błogosławiony czas, gdy słońce rzuca swoje światło na inną część globu.

Ta noc jest surowa także dla naszych kości spoczywających na karimatach ułożonych na podłodze. Na skutek wszelkich niedogodności sen nieco się przedłuża, więc zastajemy señora Correa już po symbolicznym śniadaniu i pierwszym piwku. Około godziny pierwszej mamy przybyć na obiecane asado, toteż postanawiamy spędzić ten czas w towarzystwie drużnika. Wtem na stację kolejową zajeżdża na swym rowerze nieco poddenerwowany Juancito i zobaczywszy wpierw znajomego zawiadowcę stacji pyta go niemalże krzycząc „gdzie są Polacy?!” Okazuje się, że przybył nas poinformować, że Polaco tak się wczoraj nawalił, że nawalił i żadnego asado na obiad nie przygotował. Nie stanął na swojej zbolałej głowie, aby dokonać obiecanego – bardzo duży kac siedział mu na klacie przez całe przedpołudnie.

Nie wiedzieć czemu nasz znajomy z klubu bilardowego nieustannie tkwi w przeświadczeniu, że niezbyt rozumiemy co do nas mówi. Toteż bez krępacji wymienia się z Correą uwagami na nasz temat. „Ja nie rozumiem co oni do mnie mówią, a ty?” – pyta go uśmiechając się pod nosem. „Ja też nie bardzo” – odpowiada mrucząc Correa. Komiczność sytuacji nieco nas przerastała, bowiem rozumieliśmy każde słowo, nie tylko wtedy, gdy panowie o nas mówili. Zdaje się, że mglista pamięć poprzedniego dnia nie pozwoliła Juancito przypomnieć sobie szczegółów tego, o czym z nim rozmawialiśmy. Przypominając sobie jego wczorajszy stan nie byliśmy nawet pewni czy będzie pamiętał o obiecanej uczcie. A jednak! Przybył zawczasu by nas zabrać na swoje podwórko.

24

Nieco podirytowany swoim niesłownym kolegą z klubu sportowego przez całą drogę do swojego domu narzeka na Polaco, że zawsze gdy jest podchmielony, to rzuca na lewo i prawo deklaracje bez pokrycia. No nic. Szybko znajduje się rozwiązanie. Juancito zaprasza nas wobec tego na empanadas i napitek, zgadnijcie jakiego rodzaju. Siadamy więc w cieniu algarrobo, dużego drzewa, które nie tylko zapewnia przyjemny chłodek, lecz także stwarza możliwość uzyskiwania zeń nietypowej mąki o słodkim posmaku. Przy wymyślnej ławie skonstruowanej przez gospodarza ze starych ław szkolnych przychodzi nam spędzić to kolejne skwierczące popołudnie. Temperatura znów sięga zenitu, a gospodarz twierdzi, że w słońcu mamy niemalże pięćdziesiąt stopni Celsjusza. Piwko, choć czasem doprowadza do nieporozumień, to zdecydowanie łagodzi obyczaje. Gniew na sąsiada szybko przechodzi wraz z kolejnymi łykami chmielowego nektaru. Tym razem nie przeradza się to w pijańską posiadówkę, którą zastaliśmy dzień wcześniej. Spokojnie przegryzamy tutejsze pierogi i tak leniwie mija nam czas, aż zapada zmrok.

11

Juancito to kolejny samotnik w tej nieco zapadłej wiosce. Żyje skromnie i swój wolny czas wypełnia obowiązkami związanymi z doglądaniem szkoły. Ten dowcipny staruszek co rusz przytacza anegdotki i żarty, które czasem swoją długością przypominają bardziej opowiadania z absurdalną puentą. Wkrótce jednak rozmowa wkracza na inne tory i rozmawiamy o poważnych rzeczach wymieniając się doświadczeniami wyniesionymi z życia. Ten białowłosy staruszek jest bardzo otwarty i ciekawy tego, jak wygląda życie na innym kontynencie i wspomina jak wyglądało jego. Przez sporą jego część pracował przy wydobywaniu soli z okolicznej saliny, potem utrzymywał niemalże całą bliską rodzinę podejmując się czego popadnie – w swoim czasie był mechanikiem czy budowniczym – wszystko by polepszyć los rodziny. Dzięki temu zasłużył sobie na odpoczynek i jego dzieci nie muszą przejmować się utrzymywaniem ojca.

Gdy rozmowa się rozwija, nagle Juancito przychodzi do głowy sztuczka, która w jego mniemaniu polepszy nam odbiór tego, co mówi. Zaczyna więc pomału wplatać do tego, co chce nam przekazać bezokoliczniki. My, zupełnie nieprzyzwyczajeni do tego ekscentrycznego hiszpańskiego z początku podśmiewamy się, lecz z biegiem czasu zaczyna nas dopadać irytacja. „Ja mieć ochotę na piwko”, „wy zjeść ze mną” czy „on chcieć zrobić asado”. Poza tym, że brzmi to idiotycznie, to niesie to ze sobą niezwykle kłoptliwą konsekwencję. Zupełnie gubimy się w chronologii zdarzeń przytaczanych przez Juancito. Dzięki bezokolicznikom nie istnieje już więcej czas przeszły, przyszły, a w gruncie rzeczy nie wiadomo nawet czy teraźniejszy. W chaosie próbujemy wyłuskać kiedy dzieje się to, o czym mówi do nas pomysłowy staruszek, przekonany, że robi nam przysługę tym dziwnym dialektem Kalego.

Goszczący nas starzec szybko odczarował wizerunek nachalnego pijaczyny. W jego oczach co chwila dało się zauważyć bystrą iskrę inteligencji. Duże pokłady mądrości życiowej, którą chętnie się z nami dzielił nie towarzyszyły często spotykanej u starszych osób pozy wywyższania się z powodu swojego wieku. Umiejętność nie tylko wyrażania siebie, lecz także słuchania rozmówców dała się we znaki na tyle, że spędziliśmy razem dwa bardzo cenne wieczory, podczas których Juancito zaskakiwał nas mnogością tematów, o które mógł z łatwością zahaczyć. Żalił się, że w Lucio V. Mansilla nie ma zbyt wiele osób, z którymi mógłby poruszyć mniej przyziemne kwestie i że często spotyka się ze zwykłą ignorancją z ich strony. Jego samotne życie, pomimo, iż wiedzione jest pośród wielu okolicznych kumpli, zazwyczaj kończy się na pogaduszkach i piwkowaniu. Otwartość na przybyszów jest więc także świetną okazją do zmiany mniej lub bardziej powtarzalnych dni, którymi cechuje się ospała aura Lucio V. Mansilla.

Wkrótce dowiadujemy się jak szeroko otwarte są ramiona tego miłego pana. Nalega, abyśmy zajęli pokój w jego małym gospodarstwie, bo jego pokoik jest milszy niż chłodne progi pod pieczą señora Correa. Toteż zmieniamy podłogę stacji kolejowej na inną podłogę. Nie jesteśmy pierwsi, od wielu bowiem lat przyjmuje pielgrzymki maszerujące biegnącą nieopodal drogą. Na dowód pokazuje nam albumy będące formą podziękowania przez ich uczestników za jego towarzystwo oraz zorganizowany dla nich wikt i opierunek. Każda ich strona wypełniona jest dziesiątkami ciepłych słów, zdjęć czy rysunków.

W ramach odwdzięczenia się za gościnę postanawiamy przygotować kolację dla naszego starszego kolegi. W trakcie pichcenia tenże wkracza do kuchni i oznajmia, że skoro ucztujemy, to nie może zabraknąć piwa. Wszak piwo to najlepsze chłodziwo. Ogłasza więc, że L. może kontynuować pichcenie, a A. z nim idzie zamoczyć usta w perłowej piance. Tak też się stało – sklep jest tuż za rogiem. Juancito zdecydował jednak, że jedno piwo A. wypić ma z nim na miejscu. Litrowa butelka zimnego porrona ląduje otwarta na sklepowym stole i chcąc czy nie chcąc – wypada ją opróżnić. I na dodatek trzeba to zrobić dość prędko, bo jedzenie lada chwila będzie gotowe. Było to więc najszybciej wypite piwo w życiu A., co prawda wspołdzielone z białowłosym wariatem, jednakże nie w równych propocjach.

W międzyczasie wariat ten znów emanuje swoim bezgranicznie szyderczym poczuciem humoru. Tym razem mocno uszczypliwym, typowym dla Argentyny, a na prowincji jeszcze bardziej szorstkim. Dostrzegłszy przy wejściu do sklepu znajomego, którego geny szybko pozbawiły włosów na głowie, zaczyna stroić sobie z niego żarty. Początkowo dość tendencyjne, a następnie coraz bardziej niewybredne i dosadne. Co więcej co chwile pyta A. o zdanie. Ten, lekko zmieszany kanonem niektórych żartów, próbuje wybrnąć z zadawanych przez starszego pana kpiarskich pytań przedstawiając zalety łysiny, też w żartobliwy sposób. Juancito jednakże idzie w zaparte i stroi sobie dalej żarty, tak jakby nie mógł się powstrzymać. Co chwilę wybucha rubasznym śmiechem i zerka w stronę świecącego łysiną faceta udając, że mówi to ot tak, jakby wcale nie było go w pobliżu. Słowne prowokacje nie mają ani granic, ani końca. Siupny Juancito pokusił się już nawet o reflesje o smażeniu jajecznicy na czole w środku dnia, o powiązaniu braku porostu włosów z brakiem myślenia, a także o tym czy komary mogą wyssać z krwią mózg kąsanego. Łysy biedaczyna zaś jedynie ukradkiem spogląda na dwójkę z lekkim, bezbronnym uśmiechem i zdaje zupełnie nie przejmować się, że jest obiektem natarczywych kpin. Cóż, tak chyba lepiej. Tutaj, aby żyć w spokoju ducha, należy mieć ogromny dystans do siebie.

W świetle księżyca Lucio V. Mansilla jest miejscem idealnym do życia. Pod osłoną nocy można bowiem w końcu odetchnąć. Atmosfera zmienia się z parzącej w balsamiczną. Nadal jest gorąco i nieco duszno, ale nikt nie śmie narzekać. Chciałoby się tu przestawić tryb życia na całkowicie nocny, a za dnia spać. Wieczorna posiadówka przeradza się w niewielką imprezkę, a Juancito uprzyjemnia nam czas brzemieniami swojej kolekcji argentyńskiego folku. W końcu zagłuszamy niezbyt ciekawą muzykę dobiegającą z sąsiedztwa. Przedstawiani nam są kolejno poszczególni caballeros (…. ) reprezentujący muzykę gaucho z różnych stron Argentyny. Głównie to soliści brawurowo szarpiący struny gitary i śpiewający na całą przeponę. Czasem pojawiają się chórki lub inne instrumenty podkreślające galopowy rytm i stepowy klimat.

Wszystko przy akompaniamencie czerwonego wina, a także komentarzy naszego gospodarza, który wszystkie teksty zna na pamięć chyba już od kołyski. My natomiast przedstawiamy mu twórczość grupy Tarantella. Projektu młodzieńczego w porównaniu do klasyków argentyńskiego folku, lecz w pewnym stopniu nawiązującego do tej tradycyjnej konwencji. Juancito słucha uważnie, po czym z przekonaniem stwierdza, że tak grają tutejsi Cyganie.

Kończymy fiestę niemalże cztery godziny po północy w nadziei na sowity odpoczynek. Oczywiście to my mówimy pierwsi dobranoc, bowiem nasz gospodarz wygląda jakby miał dość siły na więcej. Tutaj starsi miewają więcej werwy niż młodzież, doprawdy! O wilku mowa… zdaje się, że Polaco dopiero rozkręca imprezę w klubie sportowym, położonym dokładnie naprzeciw naszego okna. I niestety jest to najgorszego sortu cumbiowa łupanka. Ktoś podtkął się i zachaczył o pokrętło głośności? Zaczęła się prawdziwa inwazja decybeli w pokoju, w którym przed pięcioma minutami położyliśmy się spać. Chcieliśmy zasnąć, lecz budzik zadzwonił nim jeszcze wkroczyliśmy w krainę Morfeusza.

10

BUM! BUM! BUM! BUM! Ściany drżą, a my razem z nimi. Wyglądamy przez okno i widzimy w większości pół-przytomnych dorosłych, z których niektórzy zataczają się w nieudolnym tańcu, a niektórzy śpią w niewybrednych pozycjach. Pośród nich biegają rozszalałe dzieci, które wcale nie czują się odpowiedzialne za swoich nieodpowiedzialnych rodziców. Cóż, część wsi dała sobie w palnik tak, że aż się znieczuliła. Najgorsze w tym to, że nie jesteśmy to my i nasze zmysły trzymają się nas twardo nie pozwalając ignorować dźwiękowego bombardowania. Całe szczęście po kilkunastu minutach ktoś podejmuje decyzję o zakończeniu tej dziecięcej dyskoteki, być może z troski o rachunki za prąd. Tutaj zakłócić można jedynie ciszę dzienną, a nie nocną. Chyba, że miałbyś czelność przeciwstawić się miejscowym zwyczajom.

Kolejnego dnia Juancito zaprowadza nas do szkoły, nad którą czuwa. Znajdujemy się w okresie szkolnych wakacji, toteż nie spotykamy ani uczniów, ani nauczycieli. Oglądamy wyposażony w podstawowe sprzęty obiekt, który miejscami do złudzenia przypomina więzienie.

05

Chłodne ściany oświetlone bladymi jarzeniowymi lampami, obrapane ławki i smutne sale, z których niektóre pozbawione są okien i jakichkolwiek przyjemnych dla oka elementów. Dzieci przynajmniej nie mają złudzeń.

Czas na nas. Pora by kontynuować podróż w stronę zwrotnika. W eskorcie Juancito na jego czaderskim góralu zmierzamy na drogę główną – asfaltową. Znajdujemy cień pod przydrożnym drzewkiem i po raz kolejny podnosimy kciuka. Po niecałej godzinie machamy wzruszonemu dziadkowi z paki odjeżdżającego samochodu. Jałowe pustkowie ciągnie się jeszcze przez dzisiątki kilometrów. Niebawem przyjdzie nam poznać malowniczość oddalonego o niemalże tysiąc kilometrów skrawka północno-zachodniej Argentyny o nazwie Jujuy. Wspomnienia z rejonu Cordoby, w którym spędziliśmy niemalże miesiąc powodują, że już zastanawiamy się kiedy tam wrócić. W drogę zatem. Na szago z Cruz del Sur za plecami.

04

Reklamy

One thought on “porron-iony pobyt

  1. Pingback: na szagø

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s