zwrotnik kaktusów i mgieł

Autostop staje się coraz cięższym wyzwaniem, im bardziej pniemy się na północ. Owiana sławą przemytników droga numer dziewięć odstrasza kierowców od zabierania przygodnych pasażerów. Strach ten podsycany jest niezmiennym telewizyjnym przekazem i Ci, którzy chłoną go bezkrytycznie są święcie przekonani, że każdy kto pojawi się na drogach północnej Argentyny jest szmuglerem z plecakiem wypchanym kokainą i heroiną. My natomiast nie mając z tym biznesem nic wspólnego, z plecakami pełnymi mniej wartościowych pierdół żywiliśmy jałową nadzieję, że ktoś raczy zatrzymać się by ułatwić nam przedostanie się do Jujuy. Może podejrzane w nas jest to, że wcale nie wyglądamy podejrzanie? Po licznych porażkach i wyczekiwaniu na pozbawionej cienia patelni zaczynamy żywic już tylko frustrację. W końcu dochodzimy do słusznego wniosku, że w tych rejonach jedyną szansę na podwózkę zapewnić nam może pytanie kierowców zatrzymujących się na stacjach benzynowych.

14

Z jednej z nich zabiera nas obdarzony czarującym uśmiechem wąsaty grubasek, przez którego intensywnie przebijają się jego włoskie korzenie. Nie tylko akcentuje jak włoch, lecz co chwila rzuca słynne „carramba” albo „mamma mia”. Po ciężkiej przeprawie na narkotykowej ścieżce numer dziewięć mamy już dość marnowania godzin na szosie i stacjach benzynowych. Toteż z San Salvador de Jujuy czym prędzej łapiemy busa do Tilcara, pierwszego przystanku w pustynnej krainie kaktusów, jaką jest Jujuy. Przedsmak tego, do jak niesamowitej ziemi docieramy, zapewnia nam sama podróż autobusem. Przez okno nieustannie jesteśmy atakowani przez niekończące się zachwycające pejzaże. Onieśmieleni ich pięknem, z rozdziawionymi ustami i rozwartymi powiekami, chłoniemy moc płynącą z pustyni. Niebo, góry i kaktusy. Nawet nie zauważamy kiedy przekraczamy zwrotnik Koziorożca i wspinamy się na wysokość dwóch i pół tysiąca metrów n.p.m.

09

03

Wyskakujemy z autobusu i zdajemy sobie sprawę, że Tilcara przeżywa oblężenie turystów. To czas karnawału, z którego barwności i huczności słynie prowincja Jujuy. Wiąże to się z wyższymi cenami i wynikającą z nich koniecznością znalezienia ekonomicznego noclegu.

01

Po zapuszczeniu się w peryferia tej mieściny trafiamy na camping prowadzony przez stetryczałego i humorzastego dziadka, don Gregorio. Pole przeznaczone na namioty jest już niemalże zapełnione, a po podwórzu tej posesji kręci się mnóstwo plecakowiczów (mochileros) oraz podróżników-rzemieślników – twórców i sprzedawców rękodzieła (artesanos). Czyli ludzi, którym – krótko mówiąc – luksus jest obcy.

Wśród nich pojawia się Darwin, chłopak pochodzący z północnego Chile, z którym błyskawicznie nawiązujemy kontakt. Wozi w swym plecaku dość pokaźną kolekcję fletów różnych typów, na których gra. W jej skład wchodzi tradycyjna w tych stronach fletnia pana, flet prosty, a także wschodni flet poprzeczny.

16

Dźwięk tego ostatniego jest wyjątkowo mistyczny. Nic dziwnego, że za jego pomocą podobno można hipnotyzować węże. Darwin jest już u schyłku swojej trzymiesięcznej podróży, bowiem już zbytnio stęsknił się za swoimi bliskimi. To jeden z jego ostatnich przystanków i niebawem zamierza odbić na zachód by dotrzeć do domu. Razem postanawiamy więc wybrać się na wyprawę kolejnego dnia.

04

To niewielkie miasteczko pełne jest parterowych glinianych domków idealnie wpasowujących się swoją barwą w koloryt otoczenia. Wszystko jest tu alabastrowo-beżowo-brązowe. Obrzeża wioski są nadzwyczaj ciche i pełne ospałych psów odpoczywających w cieniu zabudowań.

08

Tilcara to jedna z najstarszych wiosek terenu zwanego współcześnie Argentyna. Pamięta nie tylko czasy przed przybyciem Hiszpan, lecz także Inków. Na usianym kaktusami wzgórzu tego malowniczego osiedla mieści się dawna osada – Pucara (w języku quechua oznaczająca twierdzę). Ten kompleks ruin domów i murów znajduje się ponad obecną wioską i w sporej części został zrekonstruowany. Przyznać trzeba, że zrobiono to z wyczuciem, bez nadmiernego ingerowania w otoczenie.

10

To w Tilcara pierwszy raz doświadczamy rdzennej twarzy Ameryki Południowej, dotąd będąc w otoczeniu w większości potomków europejskich imigrantów. To tutaj zaczynają się wyższe partie pasma And i jak widać hiszpańskim najeźdźcom nigdy nie udało się wyplenić autochtonów na wysokościach, świetnie zaadoptowanych do tego klimatu. Jujuy zamieszkiwany jest bowiem w większości przez Indian, toteż pod tym względem region ten nie przypomina za grosz reszty Argentyny, gdzie „czerwonoskórzy” są zazwyczaj rzadkością. Różnica jest tak ogromna, że wydawać by się mogło, że nagle znaleźliśmy się na zupełnie innym krańcu kontynentu. Zaczyna się tu handel uliczny, skupiony nie tylko na sprzedaży ubrań czy kapeluszy, lecz także na serwowaniu jedzenia. W restauracjach pojawiają się natomiast dania z mięsa lamy.

05

Otaczają nas nie tylko inni, niż dotychczas ludzie, lecz także odmienne obyczaje, z których wiele przyjdzie nam dokładniej poznać później. Niektóre okażą się być tak dalekie od stylu bycia euro-argentyńczyka, że poczujemy się jak na zupełnie nowym gruncie. Wkrótce przyjdzie przekonać nam się, że nie będziemy się czuć na nim tak pewnie jak dotychczas. Czas zmierzyć się z kulturami i językami quechua i aymara – które nadal żywe są w Andach.

06

Wypuściwszy się w górę od tej miejscowości docieramy na ścieżkę prowadzącą do Garganta del Diablo (tłum. Gardziel Diabła), czyli wąwozu o imponującej głębokości, w którego głębi płynie spokojna rzeka. Około dwugodzinna ścieżka prowadząca do tego punktu to uczta dla oka. Im wspinamy się wyżej, tym bliżej kroczymy nad urwiskiem, które rozszerza się i przybiera coraz to bardziej monstrualne rozmiary. Jego strome ściany są tak surrealistycznie wysokie, że aż chciałoby się wskoczyć w przepaść, żeby przekonać się czy jest prawdziwa. Jej gardzielą jest wąski przesmyk i temu miejscu przypisywana jest piekielna etymologia. Nieco dalej dotrzeć możemy również do kilkunastometrowego wodospadu zasilającego ten cały diabelski „mechanizm”.

18

Nieokiełznany zmysłami pejzaż utworzony jedynie ze skał, kaktusów i pomniejszych porostów. Wkrótce, gdy słońce chowa się za górami, ich linia odznacza się na tle zachodzącego słońca jedynie rozpoznawalnymi konturami kaktusów. Wszechobecne słońce i wiatr w akompaniamencie ciszy.

07

Karnawał w Jujuy to okres ulicznego szaleństwa. Mieliśmy sposobność być jego świadkami zarówno w Tilcara, jak i w sąsiedniej Humahuaca, która była naszym kolejnym przystankiem. Z domów wychodzą wszyscy. Począwszy od dzieci, które potrafią już biegać, skakać i tańczyć, a skończywszy na ich dziadkach. W tym czasie ulicami każdej z miejscowości przelewają się hordy diabłów i innych przebierańców chaotycznie pląsających przy akompaniamencie instrumentów dętych i bębnów.

91

Te uliczne pochody trwają od południa do północy, przez cały tydzień i z każdym dniem bawi się coraz bardziej dziko. Jakby tego było mało – w każdym miasteczku jest miejsce dla więcej niż jednej parady. Rozhulane grupki bowiem konkurują między sobą. Każda z nich pragnie być głośniejsza i większa. Gromki tłum zapełniający całą szerokość ulicy porywa ze sobą każdego kto stanie na jego drodze – prędko zwiększa więc swoją liczebność.

17

Najlepszą przepustką do udziału w zabawie jest wino w kartonie, z obowiązkowo obciętą górną ścianką (sufitem), tak aby mógł służyć za dużą „szklankę”. Wówczas można zeń przelewać zawartość innym uczestnikom zabawy bądź samemu otrzymywać od nich dolewki. W tym względzie nie ma żadnych reguł – możecie sobie tylko wyobrazić jaką mieszankę można uzyskać w swoim kartonie po kilku godzinach zabawy.

02

Najgroźniejsi z uczestników karnawału to Ci, którzy przebrani są za kolorowe diabły ciągnące za sobą ogony, a zarazem bicze. Te gagatki wydając piskliwe okrzyki co chwila szukają kolejnych ofiar swoich figli. Jako, że wszyscy są grzesznikami, to nie muszą przejmować się, że ukarzą nieodpowiednią osobę. Chętnie znienacka wysypią na głowę mąkę bądź wystrzelą w Ciebie piankę z puszki. Nikt nie może czuć się bezpiecznie w ich pobliżu, a zwłaszcza błękitnookie gringi, takie jak L. Domyślcie się zatem jak wyglądały jej włosy po ataku diabłów.

28

Nieco mniej tradycyjnym sposobem zabawy, który stanowi alternatywę dla pochodów, są uliczne imprezy. Jeden ma ciężarówkę, drugi duże kolumny, a inny jakieś jaskrawe światełka. I tak w połączeniu sił rozkręca się uliczną, mobilną dyskotekę. Dudniący wóz, wokół którego tańczą ludzie pomalutku zmienia swoją pozycję. I tak cała potańcówka powolutku pokonuje kolejne ulice.

Poza sezonem karnawałowym obie wioski, zarówno Tilcara, jak i Humahuaca, są ostojami spokoju. Wystarczy jednak, że nastanie czas zabawy, a głośne dudnienie raźnych trąb nie ustaje przez kilka kolejnych dni.

26

W Humahuaca złapać można autobus do owianej mgiełką tajemnicy i na swój sposób kultowej wioseczki o nazwie Iruya. Do pewnego momentu należy dalej podążać na północ drogą numer dziewięć, potem jednak konieczny jest skręt w prawo i przedostanie się przez koryto rzeki. W dodatku zdaje się, że niejednokrotnie. Taka droga prowadzi do do tej ciężko dostępnej osady.

27

Poprzez ścieżkę krętą niczym powykręcana wiatrem gałąź – raz pod, a raz ponad chmurami – żegnamy się z komfortem jazdy i witamy zapomniane przez świat skrawki północnej Argentyny. Wspinamy się coraz wyżej i zauważamy słońce chyba nie przepada za zaglądaniem na to odludzie – w każdym razie skutecznie utrudniają mu to wszechobecne kłęby mgły. Autobus wypchany ludźmi zatrzymuje się w zakątkach obejmujących zaledwie kilka gospodarstw, a kierowca trąbi by powiadomić mieszkańców, których można byłoby policzyć na palcach dwóch dłoni. Nagle ze chmurzystej ściany wyłania się starowinka i spoglądając spod kapelusza wkłada pod pachę ogromne pakunki, po czym dziarsko wspina się na schody pojazdu.

12

I tak oddalamy się od współczesnego świata. Choć Iruya ma dostęp do prądu, a nawet do internetu, to codzienne życie ich mieszkańców nie przypomina tego, do czego przywykli inni.

W końcu podróż dobiega końca, rozpoczyna się ściąganie bagaży z dachu autobusu. L. podchodzi do kilkumetrowej ściany, na której szczycie czai się zagrożenie. Pasie się tamże, bardzo blisko skarpy pozbawionej płotu rodzina państwa chanchos (tłum. świń). Niestety jest ona wyjątkowo uprzedzona względem przyjezdnych i któryś z jej członków postanawia dać temu wyraz. Ten jest na tyle dobitny, że w bliskiej odległości od L. spada pokaźnych rozmiarów kamień, który z hukiem uderza o ziemię. Cóż, całe szczęście świński delikwent nie ma cela. Lecz strzeżcie się, przyjezdni!

Po chwili obok nas przebiega stadko osłów gonionych przez rozbisurmanione psy, próbujące złapać je za ogon niczym za diabelski bicz. Atrakcji nie dość – wkrótce zostajemy napadnięci przez Indian. Cała chmara noclegowych naganiaczy rzuca się na nas nie pozwalając nam nawet spokojnie odebrać plecaków. Ceny zaczynają się od 150 pesos za osobę, aż w końcu spadają do 30.

My mamy internet!
A my mamy ciepły prysznic!
U nas jest kuchnia!
Jeśli macie namiot, to chodźcie do mnie na pole!

29

Wszystkie propozycje uparcie odrzucamy zdając sobie sprawę, że większość z nich to nic więcej jak zwykłe naciąganie. W końcu chmara nasycona swoimi ofiarami nas opuszcza i zostaje przy nas jedna kobieta z dobrze brzmiącą ofertą. Każe nam iść za sobą i robi nam dość męczącą rundkę po całej wiosce. Wysokość 3 tysięcy metrów n. p. m. nie sprzyja sprawnemu oglądaniu ofert. Indianka ta jednak bez żadnych oznak zmęczenia wchodzi jak na sprężynach nie okazując nam żadnej litości. Gdy już dostajemy się na niemalże sam szczyt wioski okazuje się, że nie ma właścicielki pokoju, który miałby być dla nas, toteż zadyszani musimy zejść z powrotem do kolejnego miejsca z kategorii ekonomicznej. Nieco klaustrofobiczny pokój z wąskim łóżkiem jest nasz. Nie potrzebując niczego więcej cieszymy się z dachu nad głową za 25 pesos. Inni płacą tyle za miejsce na rozłożenie namiotu, w przeciwieństwie jednak do nas strasznie marzną w trakcie nocy. Czasem warto być upartym.

30

Iruya wydaje się być wioską przyklejoną do gór. Ludzie nie postrzegają tutaj stron jako prawej czy lewej, dla nich jest albo w górę albo w dół. I ma to dużo sensu. Przybywając tu bowiem należy przygotować się na codzienne męczące wspinaczki po niesamowicie stromych, wyłożonych kamieniem uliczkach. Niektóre z nich są szersze, jednak ogromna większość jest dość ciasna. Nie ma zatem mowy, aby samochód mógł wjechać wgłąb wioski. Pojazdy dojeżdżają do przykościelnego placyku, ewentualnie przeciskają się przez dwie lub trzy szersze ulice i na tym koniec. Reszta na pieszo bądź z pomocą osła.

25

Od strony jednej z rzek, przypominającej swoją barwą strumień dulce de leche, domostwa wręcz kurczowo trzymają się krawędzi urwiska. Są jego tak blisko, że w przypadku ukruszenia się skarpy pokój z zawartością mógłby spłynąć wraz z wodospadem na dalszym odcinku rzeki. Co wyjątkowo urocze – nie dotarła tu prawie wcale moda na budowanie domów z cegły i cementu. Większość domów stworzona jest z tego, czego dostarcza ziemia. Kamień, glina, drewno i słoma – wszystko to pozwala na postawienie wygodnej i przytulnej chatki. Klimat takiego typu zabudowy jest niepowtarzalny. Czasami pozwala czuć się jak na planie filmowym bądź w świecie książkowym. Magia Iruya wylewa się z każdego rogu jej rustykalnych ulic. Życie biegnie powoli, wszyscy się znają i nie muszą przejmować się ani o siebie, ani o swój dobytek.

21

Od kilku lat miejsce to jest stosunkowo turystyczne, jednakże nie w takim wymiarze jak Tilcara czy Humahuaca. Zdaje się, że ma to swoją przyczynę. W wiosce można bowiem bardzo łatwo utknąć, wystarczy tylko, że zacznie padać. Wówczas okalające wioskę rzeki wzbierają i nie pozwalają na ich przekroczenie żadnemu pojazdowi, którymi dysponują firmy przewozowe. Podróżnicy dysponujący niewielką ilością czasu, bądź niedzielni wczasowicze przyjeżdżając tutaj podejmują poważne ryzyko, zwłaszcza w epoce deszczowej. W tym czasie i my się tu pojawiliśmy, a ten scenariusz ziścił się. Wystarczyło, że jednego dnia przez kilka godzin mocno padało. To uczyniło z Iruya wyspę bez powrotu przez kolejne dwa dni. Szumiące strumienie skutecznie oddzielały ją od cywilizacji. Był to chyba jeden z niewielu odgłosów, które towarzyszyły nam za dnia i nocy. Poza rykami osłów wzmacnianymi przez górskie echo.

19

Niedaleko od wioski znajduje się społeczność autochtoniczna, która według doniesień żyje już bez elektryczności i bez dostępu do drogi samochodowej. Co więcej, nie powstała nawet oficjalna, czyli dobrze wydeptana ścieżka prowadząca do tego miejsca. Aby tam dotrzeć należy kierować się wskazaniami mieszkańców Iruya, ale przede wszystkim intuicją. Wycieczka ta wiąże się z koniecznością kilkukrotnego przekraczania koryta rzeki. Nie mieliśmy jednak szczęścia by zajrzeć w te strony. Na skutek ulewy rzeka podniosła swój poziom na tyle, że bez kaloszy sięgających ud przekroczenie jej byłoby zadaniem niezwykle ryzykownym – biorąc pod uwagę, że nosimy ze sobą aparat fotograficzny. Z początku kilka razy udało nam się przekroczyć z jednej strony rzeki na drugą, lecz później dostrzegliśmy jak rzeka porywa ze swoim nurtem kamienie na jej brzegu i tym samym zwiększa swoją szerokość. Skonstatowaliśmy, że po kilku godzinach, gdy będziemy chcieli powrócić tą samą drogą, ujrzymy przed sobą już tylko rwącą rzekę szeroką na kilkadziesiąt metrów. Zaniechaliśmy więc wyprawy dla naszego dobra.

23

Iruya to oczko wśród potężnych szczytów. Na jeden z nich, znajdujący się po drugiej stronie rzeki, prowadzi kamienista serpentyna. Aby się na nią dostać należy przejść przez most i skręcić w prawo obok ogromnego boiska. Doprawdy, dzieciaki w tej wiosce mają chyba jeden z najspektakularniej ulokowanych placów gier i zabaw na świecie. Przygotujcie się na strumienie potu i notoryczną zadyszkę, jeśli macie zamiar wspiąć się na ten punkt widokowy.

13

Liczy on sobie cztery tysiące metrów n.p.m. Zdecydowanie warto tego dokonać. I bez tego pod żadnym pozorem nie powinno wyjeżdżać się z Iruya. Po pokonaniu tej zawiłej ścieżynki trafiamy bowiem na skraj gigantycznego masywu, wokół którego szybują kondory. Gdy ma się szczęście te potężne ptaszyska zniżają tor swojego lotu i przelatują kilka metrów od szczytu. Warto więc zadrzeć głowę i polować swoim wzrokiem w poszukiwaniu niezapomnianych wspomnień. Gdy my kontemplowaliśmy przestrzeń na jednym z głazów tej góry, jeden z kondorów nagle wyleciał zza naszych pleców głośno trzepocząc swoimi rozłożystymi skrzydłami.

22

Widok, który dany jest stamtąd obserwować nie pozostawia nic do życzenia. W dole widzimy maluśką wioskę pnącą się na szczyt góry, która stąd wydaje się jedynie wzgórzem. W dali zobaczyć możemy dziewicze ogromne łąki, po których skaczą jedynie kozy, którym dostanie się tam przychodzi z łatwością. Za plecami natomiast, widzimy dróżkę prowadzącą do niewielkiego gospodarstwa mieszczącego się przy szczycie innej góry. Tak, jest zamieszkałe! Na nasze spotkanie wychodzi gospodarz w towarzystwie psa. Prawdopodobnie zmierza na dół aby dokonać jakiejś transakcji. A może po prostu ma ochotę napić się piwa z „sąsiadami”? A jak tam wasza kondycja? Męczycie się wbiegając po klatce schodowej do waszego mieszkania z zakupami?

24

Wartym odwiedzin miejscem, w przypadku niejednej wioski, jest cmentarz. Nie wszystkie jednak przykuwają oko tak, jak ten w Iruya. Paleta barw, w jakich skąpane są nagrobki nieco przypomina Wesoły Cmentarz z rumuńskiej wioski Săpânța. Ten jednakże jest o wiele bardziej różnorodny pod względem kształtów nagrobków, a także ich dekoracji. Nie znajdziemy tu zbyt wielu prawdziwych kwiatów, a niektóre nagrobki są tak pstrokate i dziwaczne, że mogą bawić.

34

20

Ta mieszanka stylów utrwalenia pamięci o zmarłych zachwyca, niemniej niż położenie tej małej nekropolii nad dachami całej wioski. Zmarli mogą zatem ze swoich wygodnych trumien dokładnie widzieć jak zachowują się ich następcy. Spoczywają w spokoju, bez dwóch zdań. Chyba nie można wyobrazić sobie bardziej zacisznego miejsca w tej nad wyraz spokojnej wiosce.

92

Deszcze ustają i rzeki ucichają, a my wyjeżdżamy z magicznej Iruya. Wysiadamy na skrzyżowaniu, przy którym po raz ostatni widzimy podobiznę Gauchito Gila (o którym mowa była w poprzednim wpisie), który rzuca nam uśmieszek spod swojego szarmanckiego wąsa. Łapiemy transport i szybko przedzieramy się poprzez pustynne rubieże w kierunku granicy z Boliwią. Jujuy zdaje się wiele obiecującą zapowiedzią tego, co dane nam będzie zobaczyć w jeszcze wyższych partiach Andów.

15

Reklamy

One thought on “zwrotnik kaktusów i mgieł

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s