los paraísos

29

Oto Christian, twórca krainy, której nadał miano Los Paraísos (tłum. Raje). Istotnie jest to rajski kawałek ziemi. Albo kawałek raju na ziemi, jak kto woli. Jak dostać się do tego raju? Nie, nie trzeba pierw zejść z tego świata. To miejsce doczesne. Prowadzi do niego jeden ze zjazdów przy jedynej w okolicy asfaltowej drodze w miejscowości Piedra de los Indios (tłum. Kamień Indian). Jak oznajmia jej nazwa – cała okolica znajduje się na ogromnym głazie, ledwie przykrytym ziemią. O dziwo obradza ona wyjątkowo hojnie.

Kolejna przeprawa na kciuka za nami. W końcu będzie można znów zostawić tobołki i dać spocząć naszym plecom. Jest to możliwe dzięki świetnej inicjatywie, jaką jest HelpX. Tenże serwis internetowy pozwala na ogłaszanie się przez właścicieli gospodarstw, hosteli i innych miejsc, w których potrzebują rąk do pracy. Jest jej zazwyczaj około czterech godzin dziennie, poza jednym dniem w tygodniu. W zamian oferują oni nocleg oraz – w większości przypadków – wyżywienie. Ujmując to prościej, jest to coś na modłę Couchsurfingu, tyle, że z wymianą pracy za jedzenie. Jest to opcja bardzo lukratywna nie tylko dla niskobudżetowych backpackerów plecakonoszy, lecz dla każdego, kto chce poznać tubylców i mieszkać z nimi, zamiast izolować się od nich w pokojach hotelowych. W rzeczywistości możliwość obcowania z nimi stanowi największą zaletę tej taniej formy podróżowania.

14

Przekroczywszy więc most nad strumykiem wkraczamy na nieznane nam jeszcze, a liczące trzynaście hektarów, włości. Zaraz za bramą, z ciemnej tekstury krzewów wyłania się, niczym niedźwiedź, Sahib, puszysty piechu o dostojnej aparycji.

25

Stoi niczym spetryfikowany mierząc nas mądrym wzrokiem. Jego stoickość utrudnia nam odczytanie tego, jak zapatruje się on na gości. Po chwili dołącza do niego, zwiastując swoje przybycie raźnym szczekaniem, reszta psiej zgrai – czarna Yuma, nieśmiały Chucho i staruszek imieniem Bambi. W tej małej watasze następuje radosne ożywienie i jasnym staje się, że przybysze są przezeń mile widziani.

Przyjmowanie woluntariuszy dla Christiana jest świetnym rozwiązaniem. Na co dzień ten niesamowicie pracowity facet musi bowiem zajmować się wszystkim w pojedynkę. Możecie sobie wyobrazić ile pielęgnacji wymaga tak duża połać ziemi wraz ze wszystkim, co się na niej znajduje. W pewnym sensie to asceta. Co prawda w rajskich ogrodach mieszkają także jego rodzice oraz babcia, ale przez większość dnia jest on poza domem. Co prawda czasem naleje sobie wina albo cydru, lecz w naprawdę medycznych dozach. Człowiek złotego środka. Stanu ekwilibrium brakuje mu tylko między wypoczynkiem a pracą. Tej oddaje się na całego, oczywiście nie licząc sjesty. Wówczas znika i drzemie, lecz tylko dlatego, że od południa do godziny czwartej praca (nie tylko na zewnątrz) jest nieefektywnym katowaniem się. Stan całego Los Paraísos doskonale świadczy o jego olbrzymiej pracowitości. Wszystko jest dopieszczone. Gość kocha to, co robi. I swą pasję pielęgnuje.

04

Siedzieliśmy na ganku. Bez powodu. Wokół nas przestrzenne podwórze z promenadą gigantycznych palm, których wysokość niemalże przekracza długość całego domu. Nad nami zaś drewniany szkielet tworzący tunel, gęsto opatulony pędami rośliny o egzotycznym kwiecie. Wtem słyszymy dźwięk – z początku niczym brzęczenie szerszenia, a jednak głębsze i o zdecydowanie niższej tonacji. Później zaś jak trzepotanie wprawionych w obroty śmigieł helikoptera, tyle że spokojniejsze. Zaintrygowani podrywamy się i szukamy źródła tego osobliwego dźwięku. To malutkie kolibry, precyzyjnie operując pośród kwiatów, nakłuwają je swoimi cienkimi, szpiczastymi dziobami.

10

Zupełnie jak fabryczne robociki. Zawisają na chwilę w powietrzu – przystają przy kwiecie, którym są zainteresowane. Potem powtarzają tę samą sekwencję przy innym. I tak przez cały wieczór. Ich zwinne ruchy są o wiele bardziej błyskawiczne aniżeli manewry jakikolwiek drona. Nawet gdyby był upierzony.

Amo (tłum. gospodarz) zastawia stół i zaprasza na wspólną kolację za rogiem. Częstuje winem, zagaduje i widać, że nie ukrywa, ani też nie zgrywa zainteresowania rozmową. Nasz hiszpański lekko kulejąc raz na prawą, a raz na lewą nóżkę potrafi się potknąć, ale ostatecznie zawsze się podnosi, otrzepuje z kurzu i idzie dalej puszczając w zapomnienie chwilową niemoc. Nauka na błędach, niewiedzy czy przymusie to czynniki, które sprawiają, że uczenie się języka poprzez rozmowę to podstawowy krok każdego kulawego. Tym razem to nie kroki tańca. Nie jest to bowiem dźwięczny castellano, gdyż Christian nie jest tutejszy. Przybył tu kilka lat temu prosto z Kolumbii. Trzeba przyznać, że jak na dotychczasowe doświadczenia – to najbardziej klarowny akcent języka hiszpańskiego, jaki słyszeliśmy. Todo claro. Klarowne bowiem stało się to, w czym pomagać będziemy panu domu i co dostaniemy w zamian. Jasnym było to, że gdy nie znamy bądź nie pamiętamy danego słowa, gospodarz z uśmiechem nam je przypomina.

03

Gwiazdy, wiedza oraz piecza to główne wytyczne, którymi kieruje się nasz gospodarz. Plan działania opiera się na specjalnym kalendarzu, ściśle skorelowanym z konstelacjami oraz fazami księżyca. Podług jego wskazań – w określonym dniu powinno się zbierać, a w innym sadzić. Co ciekawe, gospodarz trzymał się go dość restrykcyjnie – przynajmniej w kwestii roślin. Gdy pytamy go dlaczego to ma dla niego takie znaczenie, odpowiada, że tak żyli jego przodkowie. Tajemniczo. Podporządkowanie pracy reżimowi astrologii może budzić wątpliwości. Innym zagadnieniem jest zaś sama sztuka uprawiania roślin czy hodowania zwierząt, którą opanował on na poziomie mistrzowskim. Ani na tym polu (ani na tamtej łące) Christian nie zawodzi. Głowa gospodarza pełna jest różnych szczegółów, zwłaszcza na temat roślin. W znajdującej się salonie jego domu okazałej biblioteczce widnieje między innymi ogromna kolekcja literatury poświęconej tym zagadnieniom.

21

Życie w raju biegnie nadzwyczaj spokojnie, a różnorodna przestrzeń, która jest dostępna dla odwiedzających to miejsce sprawia, że nie sposób się nudzić. Z jednej strony rozlega się spora plantacja drzew migdałowych, licząca około tysiąca pieńków. Tam też swój czas spędza parzystokopytna część zwierzyńca – krowa wraz z córką, kulawy koń i jego towarzyszka, para wyluzowanych osłów oraz jeden niemrawy kuc. Większość z tej gromady ma nas gdzieś, poza osłami. Te szare stworzenia, gdy tylko nas zobaczyły próbowały się z nami zakumplować. I to w dość nachalny sposób. Ciekawość tak bardzo ich rozpierała, że póki staliśmy w pobliżu, nie potrafiły odstąpić nam towarzystwa. Może i potrzebowały dobrego towarzystwa. Nie wiedzieć dlaczego – konie znęcały się nad nimi notorycznie gryząc je w zady. Gdy zaś w pobliżu było jedzenie, sapały głośno i gwałtownie ruszały łbami by odstraszyć swoich upartych kuzynów. Zawsze wiedzieliśmy, że konie to gnoje.

01.JPG

Wszechobecny idylliczny klimat widocznie odbija się na faunie i florze. Jakoś trzeba odreagować. Ulubioną zabawą psów są więc brutalne zapasy pozbawione jakichkolwiek zasad. Przyciskanie do ziemi, podduszanie i podgryzanie to norma. Najchętniej bawią się w ten sposób Yuma i Chucho, którzy ewidentnie mają ze sobą na pieńku. Chcą udowodnić sobie nawzajem kto tu rządzi. Ciężko powiedzieć kto jest zwycięzcą, co chwilę bowiem na glebie znajduje się jeden z nich szaleńczo próbując wydostać się z objęć konkurenta by w końcu się odgryźć.

Na tę zabawę rzecz jasna Bambi jest już za stary. Sahib też przeważnie unika udziału w tych szczeniackich przekomarzankach, czasem jednak włącza się na chwilę by przywrócić młodziaków do pionu. Robi to w wyjątkowo apodyktyczny sposób – bierze rozpęd i wbiega w środek tej kotłowaniny jednocześnie wydobywając z siebie potężny ryk. Wzbudza w psiej młodzieży duży respekt, bowiem ta natychmiast się rozpierzcha zaprzestając zabaw.

Tutejszy świat roślin też ma swoich wyjątkowo agresywnych reprezentantów. Mnóstwo krzewów i drzew uzbroiła się w grubsze bądź cieńsze kolce. Te drugie potrafią znienacka zadrasnąć człowiekowi skórę, a nawet rozdrapać ją do krwi. Ciężko to nazwać postawą defensywną – nie trzeba bowiem ich atakować, żeby to się stało.

22

Christian jest zdania, że z florą nie ma co się patyczkować. Trzeba ją bez sentymentów piłować, ciąć i rąbać. Bez tego bowiem rozpanoszy się ona na dobre. Będzie cicho czyhać na okazję do pozostawienia po sobie śladów we wszystkim, co się napatoczy. Klimat Los Paraísos  udziela się kotom, które nie potrafią mu się oprzeć. Te leniwe stworzenia nie mają ochoty wysilać się na walki, ani na polowania. Zwłaszcza za dnia. Gato Juan i gata María to para uroczych leniuchów. Ich delikatne pazurki nie przywykły do ćwiartowania myszy. Służą do wbijania ich w kanapę przy ziewaniu i przeciąganiu się.

17

Nie zapominajmy o najmniejszych – na rajskiej posiadłości rezydują także kury. Zaborcze, nierozważne, przebiegłe i leniwe. Nie od dziś wiadomo, że ptaki to bydlaki. Ulubioną aktywnością kokoszek było kłócenie się o odpadki z pańskiego stołu i bawienie się w berka, gdy któraś dorwie co lepszy przysmak. Uwielbiały też uciekać ze swojej zagrody. Dobrze, że ewolucja upośledziła je na tyle, że nie potrafią latać, bo dawno byłyby już martwe. Niestety potrafią podfruwać i w ten sposób przeskakiwać przez płot. Z racji tego, że właściwie mieszkaliśmy przy kurniku – przypadło nam zadanie uganiania się za tymi pierzastymi paskudami. A weź taką złap! Kura niby ma kiepski wzrok, więc da się zakraść. Ale to, choć jest pierwszym krokiem, nie stanowi żadnego osiągnięcia. Gdy już jesteś metr od gdaki, ta zaczyna puszyć się i przebierać swoimi łapkami, a po chwili daje dyla w najgorsze krzaki, w których jest już nieuchwytna. Gdyby chociaż był z tych ślepych ziarnoskubów jakiś wymierny pożytek! Z grzędy okupowanej przez dziesięć kur można było uzyskać średnio cztery jaja dziennie. Nawet nie da się z tego zrobić solidnej jajecznicy. Co innego pszczoły, których ule znajdowały się w małym zagajniku przy łące – ich nie trzeba pilnować i są z natury pracowite.

05

Owocowy sad sprawia, że Los Paraísos jeszcze bardziej przypomina rajski ogród. Całe szczęście możemy do woli częstować się owocami każdego drzewa i nie grozi nam za to wygnanie. Do wyboru są brzoskwinie, śliwki oraz czereśnie. Smak tychże nie pozostawia nic do życzenia. Są pyszne i jeszcze lepsze od tych, które można dostać w sklepach. Co ciekawe sprawa inaczej ma się tu z jabłkami. Otóż zdecydowanie Urugwaj nie ma na nie dobrego klimatu. Oczywiście są dostępne, lecz nie pachną, a ich smak jest przeciętny. Ponadto są kuriozalnie drogie. Nie warto.

02

Christian drugiego dnia po przyjeździe zaprzągł nas w cugle. Nie ma życia za darmo, nawet w raju! Zadania, które nam wyznaczał były zupełnie różnorodne. Na poletku składającym się z dziesięciu dwudziestometrowych grząd rósł czosnek. Wyłuskał on ze swojego kosmicznego kalendarza informację, że to środa i tylko środa może byc najlepszym dniem na czosnkowe żniwa. Zza ogrodzenia wyłania się Bernardo, brodaty sąsiad – wpada by pogawędzić sobie z gospodarzem, a przy okazji mu pomóc. Odcinamy i rzucamy, odcinamy i rzucamy. Główka za główką ląduje na stosie. Nagle Bernardo pyta nas z poważną miną czy znamy mroczną historię miejsca, w którym śpimy. Rzucamy niepokojące spojrzenia na Christiana, a on odwzajemnia je sardonicznym uśmieszkiem. To chyba specyficzne poczucie humoru. Po dwóch godzinach kilkaset oczyszczonych białych główek spoczywa gotowych do schnięcia. Zapas na cały rok.

Na miejscu czosnku wyrosnąć ma kukurydza. Ziemia wymaga przeorania, a słońce zachmurzenia. Obłoki jednakże przez kilka dni nie pojawiają się na niebie nawet w śladowej ilości. Sucha, kamienista ziemia kruszy się pod uderzeniami naszych motyk i nieznacznie nawilża się kroplami naszego potu. Kawał ciężkiej roboty, ale jakże satysfakcjonującej. Aż miło patrzeć jak w tych dobrze zaścielonych, podłużych łożach śpią malutkie ziarna kukurydzy czekając na pobudkę i dojrzałość.

Przypadło nam stać się też babusowymi drwalami. Trafiamy do bambusowego lasu nieopodal wjazdu. Rój wystających z kamienistej ziemi pręgowanych tyczek pełnych cieniutkich witkowatych odrostów. To bardzo wdzięczne drzewo. Jego giętkość, lekkość, a jednocześnie trwałość jest zaskakująca. Przy okazji jest cholernie ekspansywne – nawet duże, twarde drzewa nie mają szans z takim legionem sterczących z ziemi lanc. Mnogość jego zastosowań pobudza wyobraźnię. Wiosło, rower, łuk, tutka na strzałki, rurka do pływania pod wodą, a nawet paralotnia. Cel naszej wycinki jest jednakże trochę bardziej przyziemny – zadaszenie na ganku. Potrzeba około dziewięćdziesięciu długich i szerokich badyli bambusa. Pozyskuje je się bardzo szybko. Aby go wyciąć wystarczy bowiem mała, ręczna piłka i kilkanaście sekund. Znalezienie dobrej jakościowo tyczki zabiera natomiast kupę czasu. Obróbka bambusa odbywa się za pomocą maczety. Tylko dobre ostrze przesuwane wzdłuż trzonka może sprawnie obrać go z odstających wokół witek.

19

Podział obowiązków okazał się więc konieczny. L. chwyciła za maczetę, a A. za piłę. Z początku wydobywanie ładnych sztuk bambusa nie stanowiło problemu, lecz z biegiem czasu, aby znaleźć dobre okazy A. musiał wchodzić w coraz to większy gąszcz. Nagle zamarł w miejscu – w buszu, tuż za głazem coś się rusza. Ma długi ogon, lecz pozbawiony sierści. Jest spore i podłużne. Chwila! W ogóle nie ma sierści i jest ciemnozielone. Kajman?! – to wydaje się najbardziej sensowną odpowiedzią w tej chwili. Ten krokodylek podobno nie jest śmiertelnie niebezpieczny, ale myśl o zaciśnięciu jego zębów na nodze nadal nie brzmi jak przyjazne środowisko pracy. Trzeba było ją jednak dokończyć. I to w błędnym przeświadczeniu – okazało się, że był to jaszczur, który po prostu wygrzewał swoje łuski na skałkach. Niegroźny dla człowieka amator kurzych jaj.

Bambusowy zagajnik to tylko wprowadzenie do całego kompleksu (k)rajoznawczego. Odeń wiedzie bowiem ścieżka, dzięki której można dotrzeć do innych, ukrytych w tymże różnorodnym lesie miejsc. Wszelkie gadziny mają tu wyśmienite warunki wypoczynkowe. Po kilku minutach marszu tą ścieżką dotrzeć można do miejsca oferującego szeroką gamę formacji skalnych oraz rosnących w ich szczelinach kaktusów.

09

11

12

Słońce nagrzewa głazy wyjątkowo mocno. Do tego stopnia, że nawet po zachodzie słońca są jeszcze ciepłe. Gdy zaś skręci się w inną ścieżkę – natrafi się na El Abuelo (tłum. Dziadek), ogromne i wiekowe drzewo, stanowiące luksusowy apartamentowiec dla wielu okolicznych ptaków. Taki oto park drobnymi etapami tworzony jest w Los Paraísos. Jego rozmiary już są duże i można się w nim zgubić, a jego główny dozorca planuje jego powiększenie. Zdaje się, że niedługo koniecznym będzie sporządzenie mapy po raju i rozdawanie jej nowoprzybyłym.

13

Granicę między Los Paraísos  a dwoma innymi działkami stanowi staw. Pewnego razu pan raju zabiera nas tam po pracy by wypić z nami piwko. Wyjmuje groźnie wyglądający nóż i siada z nami na brzegu. „Cieszcie się swoim ostatnim piwkiem, chicos…” – zaczyna poważnym tonem -„…tutaj kończy większość nierobotnych wolontariuszy.” Spoglądamy na niego lekko zdziwieni i widzimy jak próbuje powstrzymać śmiech. Idzie mu jednak o tyle nieźle, że ciężko wyczytać jaki jest charakter tegoż prawie-śmiechu.

06

„Woda jest naprawdę przyjemna. Dalej, wykąpmy się!” – zachęca nas zdejmując koszulę. „Szkoda, że nie żyją tu piranie, byłoby łatwiej pozbyć się tego odoru, wiecie…” – mówi cedząc słowa po czym uśmiecha się, wyjmuje cytryny, rozkraja je i rozdaje. Żartowniś. Lubimy czarne poczucie humoru. Inaczej jest jednak gdy jest się obiektem czarnego żartu. Możecie się domyślić jak ciężko było nam uniknąć tej ulotnej myśli, która podkręcona w dodatku wyobraźnią zagościła w naszych głowach. Nieprawdopodobnego czarnego scenariusza, w którym trafiamy do psychopaty szukającego ofiar przez internet i stwarzającego miłe pozory.

07

„Estos chicos Polacos!” – tym zawołaniem byliśmy często raczeni przez gospodarza, gdy czymś go zaskakiwaliśmy. Dla amo niewątpliwie stanowiliśmy pewną dozę egzotyki. Większość pomocników, którzy go odwiedzają, pochodzi bowiem z Francji, innych krajów zachodniej Europy bądź Ameryki Południowej.

Dystans dziesięciu kilometrów dzieli Los Paraísos od jednej z największych atrakcji turystycznych Urugwaju – miasta Colonia del Sacramento. Umieszczane jest ono na pierwszym miejscu niemalże każdego przewodnika. Przez jakieś sto pięćdziesiąt lat zmieniało okupanta z portugalskiego na hiszpańskiego i odwrotnie. Widocznie było się o co bić.

 

02

Posiada niewielką zabytkową część ulokowaną zaraz nad brzegiem Rio de la Plata. Jej brukowane uliczki, niewielkie chatki w iberyjskim, kolonialnym stylu mają swój urok i przyciągają mnóstwo turystów. Niestety miasto to jest istną mekką wszystkich fanów utrwalania wspomnień za pomocą selfie-sticka i wydawania pieniędzy na horrendalnie drogie piwo. Ceny w restauracjach i barach są na poziomie paryskich. Poza małą, zatłoczoną starówką na miasto składały się kwadraty, których boki tworzyły ulice, a rogi przecznice.

04.JPG

Prawie wszystkie z nich były obsadzone rozłożystymi platanowcami, co stanowiło świetną okoliczność – zacienione ulice umożliwiały spacery nawet w najgorętszej porze dnia. Z pewnością miejsc tak zabytkowych w Ameryce Południowej nie ma zbyt wielu, być może to stanowi o takiej popularności tejże miejscowości.

01

Naturalnym skutkiem tego stanu rzeczy jest kwitnący handel, w tym także uliczny. Na głównej ulicy co kilkanaście metrów spotkać można sprzedawców z rozłożonymi płachtami na chodniku. Większość z nich sprzedaje własnoręcznie wykonane bibeloty – głównie biżuterię. Nie wszyscy z nich cieszą się popularnością, toteż niektórzy chcąc sprowokować do kupna swoich dzieł, zagadują przechodniów. Tak też zagaił do nas nadpobudliwy dziadek, który swoim ubiorem i zachowaniem sięgał o dekady wstecz -przypominał bardziej beztroskiego osiemnastolatka.

03

Otóż tak – wszystko co sprzedaje robi w wolnym czasie, a jego motor pozwala mu na sprawne zmienianie miejsc, które w danym czasie zapełnione są potencjalną płynną klientelą. Pyta nas jak jest w Europie – czy można sprzedawać na ulicy bez zabawy w papierologię. Odpowiadamy, że generalnie wymagają zezwoleń. I tu zaczyna się przedstawienie. Nagle zaczyna się słowotok-monolog, z którego zrozumieliśmy tyle, że bałby się przylecieć za ocean, bo zaraz wsadziliby go do ciupy. Pokazuje to bardzo ekspresywnym gestem – ściągając ręce do tyłu udaje, że są skrępowane przez kajdanki, obraca się na pięcie i szybkim krokiem odchodzi od nas by zaraz wybuchnąć szaleńczym śmiechem. I ta mimika Charlesa Mansona! Boi się sztywnych reguł na starym kontynencie, które krępują taką formę zarabiania na życie. Przyznajemy mu rację. Okazało się, że jest ekspertem w budowaniu domów z gliny i zna Christiana, który kiedyś mu w tym pomagał. I tak spędzamy rozmawiając z nim niemalże pół godziny.

26

Powrót wzdłuż Rio de la Plata zapewniał nam nieralnie piękne widoki. Po drodze zatrzymaliśmy się na jednej z plaż. Na wjeździe widniał zapuszczony bar. Rzecz jasna z piecem do asado. Niekanonicznie jednak smażyła się w nim nie wołowina, a ryby złowione kilka metrów dalej.

23

Ta płytka i przestrzenna rzeka tworzyła ciągnące się od horyzontu naturalne zwierciadło dla wpadającego w czerwone tony słońca. Intensyfikowała jego przedzierające się przez atmosferę późne promienie. Zostalibyśmy tam do późna gdyby nie wzmożona aktywność komarów. Krwiopijcy pokrzyżowali nam plany i wygonili nas z tamtego miejsca. W ten sposób mieli całą plażę tylko dla siebie.

Pewnego dnia w trakcie śniadania Christian oznajmia nam, że zginęły jego dwie krowy. Co więcej, że ktoś je ukradł. Podobno to się zdarza. Przeklęte krowokrady krążą po wiejskich rejonach i szukają żywych łupów. Dodaje, że jeśli faktycznie ktoś je ukradł to już są poćwiartowane. Od poprzedniego wieczora szuka ich po całym Los Paraísos i nie może znaleźć. Przyjeżdżają gliniarze, spisują raporcik i rzucają klasyczne „zobaczymy, co da się z tym zrobić”. Gospodarz nie przewidział, że krowy kierowane instynktem stadnym mogą się nudzić i szukać towarzystwa na sąsiednich pastwiskach, gdzie pasie się kilkaset rogatych zwierząt. Nazajutrz okazuje się, że ktoś widział je u sąsiada. No to ruszamy – trzyosobowa ekspedycja poszukiwaczy krów. Krnąbrna matka wraz z córką, szczęśliwe z przeprowadzki od koni, osłów i kuca, żują trawę po drugiej stronie strumyczka.

27

Z początku idzie gładko. Christian ma ze sobą niezłe przysmaki, którymi raczy krowią mamę. Łakoma mućka oblizując się ze smakiem podąża za swoim panem. Jej dziecko, niemalże chwytając swą mamusię za ogon, kroczy posłusznie w tym samym kierunku. Jednakże w połowie drogi mama nagle zmienia trajektorię i zaczyna uciekać w stronę stada. Komiczny pościg z witkami bambusa i dziewnymi okrzykami czas zacząć. Brakuje tylko muzyki z Benny Hilla. Ostatecznie zdezorientowana krowa daje zapędzić się w róg. W trójkę nacieramy nie pozostawiając jej przestrzeni do ucieczki. Wtem krowa nie znajdując lepszego pomysłu w tej matni szarżując prosto na L. salwuje się ucieczką. Ta w ostatniej chwili odskakuje, a krowa pozostawia za sobą tylko kurz i znów próbuje zlać się z sąsiadkami. „To robota dla gaucho na koniu – wracamy do domu!” – konstatuje rozczarowany Christian.

Obiady jadaliśmy wspólnie z niesamowicie miłą rodziną gospodarza. Jego niemalże dziewięćdziesięcioletni ojciec, pan Hans, powitał nas jako jeden z pierwszych. Co za człowiek! Młoda dusza w starym ciele. Ono co prawda nie pozwala mu głośno mówić, ani widzieć dalej niż na pół metra, ale staruszek się tym w ogóle nie przejmuje. Zagaduje nas raz po hiszpańsku, a raz po angielsku. Częstuje winem przy każdej okazji. A czasem nawet tańczy do rzewnej melodii akordeonu wydobywającej się z radia. Najlepszy dowód na to, że stan umysłu to najważniejsza rzecz, o jaką człowiek powinien się troszczyć, aż do śmierci.

08

Pan Hans swym cichym, lecz melodyjnym głosem snuje opowieść: „Miewam bardzo piękne sny. Moim ulubionym jest ten, w który latam. Zawsze zaczyna się tak samo – otwieram okiennicę i wznoszę się w powietrze. Doleciałem już do tylu niesamowitych miejsc. Mogę latać całe dnie i całe noce. Nic mnie nie ogranicza. Kluczę między lodowatymi szczytami gór lub lecę nisko nad wzburzonym oceanem stopami muskając wodę. Widzę wszystkie najpiękniejsze miejsca, jakie można sobie wyobrazić. Te podróże są tak wielobarwne i ciekawe. Kiedy tylko zechcę mogę polecieć tam gdzie dusza zapragnie. Dlatego lubię spać – śnię niemalże zawsze. To taka piękna rzecz dla człowieka tak starego jak ja.”

…czas tymczasem płynie, a senior życzy sobie kolejny kieliszek wina…

„Jaką przyjemnością jest państwa gościć! Tacy piękni młodzi ludzie jak państwo dają mi siły, aż zapominam, że jestem stary, ślepy i niedołężny.” – zwraca się do nas z szerokim uśmiechem, a po chwili nostalgicznie spogląda przez okno. Odpowiadamy, że również nam bardzo miło spędzać czas ze starszym człowiekiem, który tak dobrze dogaduje się z młodymi. Tłumaczymy, że A. nie ma już dziadków, a L. pozostało jedynie dwóch. „Ja natomiast nie mam wnuków i nie wiem czy się ich doczekam…” – kontynuuje, a jego niewidome oczy się szklą – „…wy moglibyście nimi być… Hej, mam nadzieję, że zostaniecie tu na święta albo jeszcze dłużej!” – kończy zdanie przerzuciwszy się z języka hiszpańskiego na język angielski i spogląda pytająco na syna. Zdajemy sobie sprawę, że byłoby to nadużycie gościnności, lecz wiemy, że pan Hans pyta szczerze.

Był to nasz przedostatni wieczór w Los Paraísos. Mieliśmy małą ucztę z pizzą w roli głównej. Miała to być uczta pożegnalna, lecz okazało się, że nazajutrz nadchodzi potężna burza. Gęstniejące powietrze i wysoka temperatura powodowała, że insekty zaczęły świrować. Świetliki iskrzyły, komary desperacko szukały krwi, a natarczywe muchy siadały na lepkiej od potu skórze.

28

Kilkukilogramowy kosz śliwek, zebranych z ziemi podsunął nam pomysł uratowania ich przed zgniciem. Powstał więc śliwecznik. Po raz kolejny słyszymy aprobatę w świszczącym głosie pana Hansa, który patrzy w naszą stronę i domyśla się naszych uśmiechów. Co jakiś czas smutnieje – zapewne przypomina sobie, że tym razem to już naprawdę nasz ostatni dzień w rajskim gospodarstwie.

To wspaniałe uczucie być ugoszczonym. A na to nie składa się jedynie zapewnienie miejsca do spania, jedzenia, kąpieli – czyli szeroko pojętych środków egzystencji. Przede wszystkim chodzi bowiem o niekłamaną, ciepłą relację między gospodarzem a gościem. Takiej doświadczaliśmy nieprzerwanie od pierwszych, aż do ostatnich chwil pobytu w Los Paraisos.

Christian oferuje podwózkę do Colonii. Stamtąd bowiem zamierzamy wyruszać dalej. Ładujemy więc plecaki na pakę jego wozu. Pan Hans stoi przy bramie. Chciał być pewny, że nie przegapi naszego wyjazdu. Obiecujemy mu, że jeszcze kiedyś wrócimy, wiedząc, że nie nadejdzie to szybko. Staruszek każe się uściskać i mówi: „do zobaczenia, wnuki”.

15

Reklamy

One thought on “los paraísos

  1. O właśnie o to chciałam Was prosić – zdjęcia drzew i kaktusów! Liczę na więcej 🙂 Pięknie w tym raju, zajadacie sobie owoce z drzew, a tymczasem mój Króliś przed chwilą pochłonął skorupkę… cebuli!

    Lubię to

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s